Rozmowa Pierwsza

  

Będziemy patrzeć z tej nebuli naszymi oczami, które będą oczami Boga i będziemy wspominać drobne fragmenty wspólnej pamięci obejmującej całą przeszłość.  A będzie nam ona bardzo droga, serdeczna.  I będzie bolesna, bo już jej nigdy nie przybędzie ani o dzień, ani o moment.  Bo po tej stronie Czasu niczego nie było, a więc nic nie będzie.  Jest tylko Istnienie – bezustanne.

Razem – bo wspólna i jedyną mieć będziemy świadomość – zwrócimy twarz ku Boskiej, która będzie naszą twarzą pytając cicho, czy da nam możność drugiej szansy.  Nawet z tym samym końcem przypadkowej śmierci świata.  Szansy na mądrzejsze przejście tej drogi po raz wtóry, na wędrówkę godniejszą, dobrą.  Od początku do końca.

Nebula pociemnieje, omroczy nasz wzrok.  I Bóg, bez słów, bo będąc w nas a my będąc w nim słów nie będziemy potrzebować, odpowie: dwie są strony tylko Czasu, który trwa bezustannie i niezmiennie, choć zmienia się stale.  Ta strona tu, która wpisana jest na cięciwie koła, nie ma końca i początku, choć jest nimi dwoma bezustannie.  I strona, z której przybyliście, gdzie czas opisany jest na linii.  A każda linia skądś bierze początek i gdzieś dobiega kresu.  Esencją tamtej strony czasu jest ruch, ale ruch w jednym tylko kierunku, po linii.  Ku sferze Czasu Trwałego.  Dotarłszy do Sfery, Czas zatrzymuje się w bezruchu.  Dopełnia się doskonałością.  Czas liniowy nie jest constance, choć stały jest jego ruch.  Skręca, zwalnia bieg nagle do nieodczuwalnych granic bezruchu, ale w bezruchu nigdy nie zamiera.  I nigdy nie zawraca.  Takie jest ułożenie Wszystkiego, które jest Pełnią.  Wracając do Czasu Przeszłego skazalibyście się na tą samą Przyszłość, bez mocy wpływu na rozwój Dziejów.  Albowiem tylko Czas Teraźniejszy ma Przyszłość nieodkrytą.

Więc wszystko było, jak być miało – odpowiemy z cichą rezygnacją.

Wszystko było, jak było – zaprzeczy Bóg.

Było, ale nie znaczy, że być musiało – dopowiemy jeszcze ciszej.  I przypomnimy słowa poety: „Teraz zaczniemy odkrywać, że momenty agonii (…) są tak samo permanentne jak permanentny jest czas.”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZMOWA TRZECIA

 

Stojąc zwartym kręgiem na krani Sfery Czasu Trwałego nie przenikał nas nastrój spełnienia ani satysfakcja bytu wiecznego.  Więcej – targał nami jakiś głęboki, niewzruszony smutek.  Nieskończone w swej skończonej doskonałości światy wirowały przed nami. A więc dopełniały się słowa świętego Hieronima: Perfectio vera in coelestibus, a mimo to, owe światy kusiły nas milionem możliwości.  Odczuwaliśmy zmarszczenie Boskich brwi zniecierpliwionych naszą niewdzięczną reakcją na Jego dzieło. I nie opuszczał nas ów przemożny smutek, podobny do smutku Orfeusza.  Niezagrożeni niczym już, uwolnieni od przekleństwa bielma śmierci – nie wypełniała nas satysfakcja wieczności.  Trwanie Boga było oczywiste w swej niezbędności, wynikało z konieczności – miało więc sens i potrzebę istności.  Był On Gwarantorem obu Sfer Czasu.  Trwanie nasze nie służyło niczemu.  Było zbędne w porządku Wszechświata.  Owóż dokonała się wola Deus ex machina i pozbawieni zostaliśmy największego przekleństwa Humanum est, które było największym darem życia. Prawa wyboru.

EPILOG DRUGI

 

Na oszalałych rumakach wojny

Pędzą gościńcem dziejów zwycięzcy.

Kopyta wzbijają tumany kurzu

Zmieszanego z grudami tratowanej ziemi,

Z pysków i boków lecą płachty piany.

Na tarczach dumne: „Bóg z nami”

A proporce łopocą: „Allach jest wielki”.

 

Szyszaki skrzą się w blasku chwały

Objawionej Prawdy i Słuszności.

Łopocą białe płaszcze z czarnym krzyżem

I lśnią złote kordelasy w kształcie półksiężyca.

 

Oto gna stukołowy wóz chodnikiem Historii,

Obity złotą blachą dyszel skrzy się

W blasku księżyca niczym białe śniegi Alp,

Gdy deptały je potężne, jak dębowe pnie,

Nogi armii Hannibala.

 

 

Pole tekstowe:

Dojechał już do bram Rzymu,

Już mija opłotki Zatybrza i nie zwalniając

Biegu przeprawia się przez rzekę

Na wprost warowni Świętego Anioła.

Od stukołowego huku pękają szyby

I walą się z łoskotem na bruk Imperium.

Za odłamkami szkła lecą porozrywane wory z juchtowej skóry

Pełne mamony złożonej w ofierze odkupienia.

“Panie zmiłuj się “ i tak dalej i “odpuść nam jako i my (nie) odpuszczamy”:

Ze szczytów zigguratów zawodzą kapłani w szatach z krwawej purpury.

 

A darowane będzie tylko tym, co za myśl złą

W dwójnasób opłacili bezinteresownym darem,

W trójnasób miłowali oblubieńca, który oblubieńcem nie był,

A w sześciokroć opłacili złe czyny.

Spis