Pole tekstowe: ◄Powrót do mapy witryny

Spacer z Przyjacielem

i Krzysztofem Kamilem

 

Czy zaciśnięta gniewnie pięść

jeszcze chłopca, a już mężczyzny

może być ruchem, jakim

obejmuje się dziewczynę?

Czy w oczach najeżonych

krwawiącymi grotami lanc

może być miejsce dla

miłosnego trzepotu rzęs?

 

                I jeden z nas – to jestem ja,

                którym pokochał…

                A drugi z nas – to jestem ja,

                którym nienawiść drżącą począł

 

Pierwsza w nocy.

Maj 1977 –

ale Warszawa tak, jak wtedy –

 to nic, że w oknach szyby,

że mury całe,

a na ulicy nie ma otworów zejść do piekieł.

 

Jest przecież ciemno Krzysztofie Kamilu.

Patrzymy z Przyjacielem

na mały kwadrat tablicy –

wykuto na nim najpiękniejszy wiersz o ludzkim życiu

i ludzkiej śmierci:

„W tym miejscu zginął

Krzysztof Kamil Baczyński

poeta i żołnierz”

 

Kozia zanurzona w mroku,

jak na rysunkach Cieślowskiego.

I jeszcze dziś,

kiedy stoję pod potężnym sklepieniem

kamiennej niszy czuję, jak nieuchronnie

przytłacza mnie swym ciężarem.

Otwarte okna mieszkań,

słychać spokojne oddechy,

opadanie i wznoszenie się kołder,

skrzypienie łóżek.

Przyjaciel wrzuca przez otwarte serca okien

dwudziestogroszówki

- na szczęcie tym ludziom

… i tamtym.

 

 

Ulicą przebiega schylona postać

młodego mężczyzny,

roziskrzone oczy unoszą go w górę,

ale ciężki mauzer nie pozwala oderwać się od ziemi.

 

Słyszysz? – pyta Przyjaciel

Słyszę – odpowiadam.

 

                Nam jedna szarża – do nieba wzwyż,

                i jeden order – nad grobem krzyż.

 

Rycerska. Niebo zupełnie bezchmurne.

Wygląda, jak granatowy płaszcz

maharadży wyszywany perłami.

Ekliptyka nachylona jest

do osi ziemskiej pod kątem

poezji i śmierci.

 

Staszek Grochowiak też umarł.

Jakie to dziwne Krzysztofie Kamilu,

był młodszy od ciebie

prawie dwa razy.

A potem nagle zrobił się starszy.

I napisał:

Zdrowo być rozstrzelanym przez gwiazdę

z plutonu Oriona.

 

Patrzymy z Przyjacielem z wysokości

Starego Miasta na Wisłę

i Prawobrzeżną Warszawę.

Zawsze wydawało się nam,

że niebo jest jaśniejsze od wody,

a tu rzeka aż błyszczy.

Niedowierzająco spoglądam na Przyjaciela.

Ach, to lampy Wisłostrady,

mówi uśmiechając się.

 

Wracamy. Na wschodzie siwieje już

długa broda starego boga,

a w Rynku, vis ŕ vis Fukiera

stoi rydwan Faetona.

To dziwne, ale woźnica

drzemiący w koźle

nie przypomina boskiego syna.

Jest raczej podobny do warszawskiego dorożkarza.

Krakowskie Przedmieście. Moliera.

Dobranoc Krzysztofie Kamilu.

Przyjaciel, który rozdawał szczęcie śpiącym ludziom

nie może zasnąć,

zakrywa ręka twarz, ale ja wiem, że płacze.

Kładę mu dłoń na ramieniu.

Nie szkodzi.

Zbyt jest ciężko łzy przetapiać w męską szorstkość

 

Powoli zasypia…

Czuje jeszcze pod dłonią, jak jego ciało

przeszywa kilkakrotnie paroksyzm szlochu,

ale to odpływa.

Nie wiem, może tam, gdzie będąc

kilkuletnim dzieckiem słuchał

opowiadań matki o dniach,

gdy słońce gasło kilka razy dziennie

i kilka razy dziennie błyskało tysiącem wybuchów?

 

Leżę. Potężny gmach Teatru

podpływa do mnie i otacza

mnie swą ogromniejącą masą.

Ach, tak! To Marsz Tryumfalny z Aidy.

Dla kogo to było?

Jakaś królowa egipska,

może to znowu Kleopatra?

Nie. Przecież Verdi żył dużo później.

Czy można żyć później?

Chyba tak, ale bardzo trudno.

 

                Jakie szczęście, że nie można tego dożyć,

                kiedy pomnik ci wystawią bohaterze

 

Z ogrodu przed Ministerstwem

słychać wrzask wróbli.

Teatr Wielki wrócił na swoje miejsce,

jakby zawstydzony, skulony.

Pod tablicą Krzysztofa Kamila leży czerwony tulipan.

Dotykam ręką trawy – mokra.

Łzy Przyjaciela?

Uśmiecham się. Przecież to rosa.

 

Krzysztof Kamil, Stare Miasto,

Faeton w warszawskiej dorożce,

Przyjaciel rozdający szczęście.

 

        I tylko serce słychać, jak dudni, jak głuchym gra krokom,

        gaśnie, podrywa się, tłucze: dokąd to? dokąd to?, dokąd?

 

Warszawa, 3/5 1977