Wyspy

kiedyś jeździłem po wyspach rozsianych

na błękitnej bezmierzy oceanu

spotykałem ich mieszkańców

wiodących prosty żywot

ludzi zakotwiczonych u swoich brzegów

bez potrzeby budowania

coraz to bogatszych i większych zagród

nie drżeli z przerażenia wobec

wahań giełdy i kursu walut

raczej z lęku przed kształtem, ruchem

i kolorem chmur ponad nimi

uchodzili wtedy w wyższe partie wysp

i wracali by z mozołem odbudować

nadszarpnięte tajfunem chatki

uratować co sie dało z wątłych upraw taro

śmiali się szczerze z mej nieporadności

i własnych wygłupów dorównujących

figlom ich bosonogich dzieci

beztroscy wobec niedostrzeganej

przez nich samych biedy

dzień zaczynał się ze wschodem słońca

i kończył o zmierzchu

noc trwała tak długo nim ciemność

nie ustąpiła świtaniu

 

ot i wszystko

idylla która idyllą się wydawała

tylko rzadkim przyjezdnym jak ja

którzy obserwowali ją z fascynacją

ludzi światowych  i zbyt mądrych

by dostrzec jedyną realność

tego egzotycznego świata

i nietrwałość bogactw wielkich

polis z których przybywaliśmy

ostatecznie ta z pozoru krucha

egzystencja mieszkańców wysp

była najstarszą i najtrwalszą cywilizacją

w dziejach ludzkości

przetrwała babilony rzymy

narodziny i pogrzeby faraonów

tysiącletnie rzesze i utopijne

- choć zgoła nie idylliczne –

państwa wolności i sprawiedliwości

 

Być może, kiedy wypalą się toksyczne

ognie ostatnich szybów naftowych,

zdążymy  przed nocą na te wyspy wrócić.

O ile jeszcze będą.

 

/dom, sierpień 2008/

 

Odys(i)ja            (Omarowi Sangare)

 

Jechaliśmy drogą,

wiatr mijał nas razem

z pozostającymi w tyle

łąkami, polami, zagrodami.

 

Na rozczapierzonych gałęziach

czarnego, zimowo-bezlistnego drzewa

trzy orły wpatrywały się stoicko

W naszą podróż - ku czemu ? – pośpieszną.

 

Trzy orły w biało-śnieżnych kołnierzach,

jak lutowa zamieć nad ranem.

Trzy orły ze złotymi, niczym miedź świeża,

dziobami i tegoż koloru szponami-talonami.

 

Jechaliśmy prędko,

z nadzieją, że orły

nie pochwycą nas

w szpony i nie uniosą

 

przez zimowe morze ( a może ? )

ku bezludnej wyspie, gdzie

ustronne urwiska skomlą

nocami do rozbijających się fal.

 

Gdzie trzy samotne sosny

wyczekują cierpliwie na

czarne orły w kołnierzach

koloru morskiej piany.

 

Pędziliśmy więc z duszą na ramieniu,

z przerażeniem w oczach,

orłami ponad nami i wyspą skrytą

w sinej otchłani morskiej mgły.

 

U brzegu czekał nas statek

z otwartą szeroko wielką gębą,

która pochłonęła nas wraz z

konio-autem w czeluści dolnego pokładu.

 

“Tu nas orły nie dopadną” –

odetchnęliśmy z ulgą

i z taką samą ulgą piliśmy ciepłą kawę

i jedliśmy smażone w oleju frytki.

 

Statek dobił do wyspy.

Nie była ona ani mała ani bezludna.

Przeciwnie – bardzo duża i nawet z

Parlamentem i kościołami różnych wyznań.

 

Na środku wyspy (a więc obok Parlamentu)

stały trzy wysmukłe, sczerniałe od starości

i pełne zmarszczek, indiańskie totemy.

Z ich szczytów przyglądały się nam obojętnie

wyrzeźbione w pniu orły.

Obok, na placu przed

Znanym i Wielkim Hotelem

zieleniły się przyjaźnie piękne

arbutusy o jasno-brązowej,

jak dojrzała miedź, korze.

 

Okazało się więc, że

nasza ucieczka nie była

ratunkiem przed rzeczywistością

ale przed naszym wyobrażeniem o.

 

15 luty, 2005 ( na statku)

Pole tekstowe: Spis