Nazywam się (tu wstaw swoje imię)

Czy jesteśmy w stanie wojny? Nie, nie mówię teraz o jakiejś egzotycznej wojnie w Afganistanie czy Iraku. Gdzieś, gdzie dzieją się jakieś okrutne rzeczy, które oglądamy ze zgorszeniem w telewizji, gdzie być może giną lub zginąć mogą nasi żołnierze ale to ciągle jakieś nie w pełni realne, jakby nie dotykające nas bezpośrednio. Giną na tych frontach masowo żołnierze naszych wrogów w pokaźnej ilości, giną dzieci i kobiety ale to nie nasze dzieci, nie nasze kobiety. Gdyby te nasze straty były masowe, gdyby w bitwie zginęło 200-300 naszych żołnierzy może by nas ta rzeczywistość bardziej przebudziła z fikcji normalności.
Wypadki w Paryżu, w pewien sposób nas z tego błogiego snu zbudziły. Być może najbardziej od czasów tragicznych dni w Nowym Jorku, we wrześniu 2011. Nie przez nieporównywalną skalę ofiar ludzkich, ale przez symbolikę. Zresztą, po prawdzie— wiele osób z tym się może nie zgodzić) – w specyficznej logice wojennej atak na Wall Centre był logiczny. Ameryka prezydenta Busha była w stanie wojny z poważnym odłamem społeczeństw muzułmańskich, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie. Pax Americana, podobnie, jak wcześniej Pax Britania były tam i są od końca I wojny światowej przyczyną niezliczonych niesprawiedliwości i zbrodni. Ale efekt naszej (Zachodu) na to reakcji doprowadził do jeszcze większej radykalizacji środowisk muzułmańskich. Doprowadził do wyciszenia lub wręcz do fizycznego zlikwidowania muzułmańskiego nurtu umiarkowanego, kompromisowego, skłonnego do negocjacji i koegzystencji. W konsekwencji stanęliśmy de facto wobec opcji: my albo wy. Twarzą w twarz z czystą nienawiścią. Ideową, religijną i kulturową. To już nie tylko krytyka i zwalczanie tego, co— zdaniem naszych przeciwników—jest im obce. Wrogie i obce jest im wszystko, co nam jest bliskie i—zdaniem naszym—najważniejsze, najwartościowsze. I to legło u podstaw ataku paryskiego. To atak na nas. Zgodzić się muszę—będąc ostrym przeciwnikiem szeregu decyzji USA i jej sojuszników (m.in.. udział Polski w haniebnej akcji okupacji Iraku) – z oświadczeniem premiera Kanady Stephena Harpera: jesteśmy w stanie wojny. I nie rozumiem małostkowego i nierozsądnego oświadczenia pani premier Kopacz, że Polska nie jest zagrożona bezpośrednio tym, co stało się we Francji. Jest. Bo jesteśmy częścią cywilizacji i kultury europejskiej. Bo nam, Polakom też te idee wolności są drogie i bliskie. Bo też mamy na imię Charlie. Je suise Charlie.

Plac Republiki w Paryżu (fot. JeSuisGodefroy Troude)


Jest szósta rano i oglądam właśnie w tej chwili Marsz Jedności w Paryżu. W pierwszej linii, w centrum Prezydent Francji, po jego lewej stronie Kanclerz Niemiec, następnie Przewodniczący Unii Europejskiej Donald Tusk, przy nim, trzymający go pod ramię, Abbas, Prezydent Palestyny. To jest ważna symbolika. Francja w środku, obok niej jej historyczny wróg, a od wielu, wielu lat bliski sojusznik, Niemcy, następnie Europa symbolizowana przez Tuska (byłego premiera Polski, też historycznego wroga Niemiec, obecnie jednego z najbliższych sojuszników), przy Tusku – Palestyna. Po prawej stronie Prezydenta Francji, Prezydent Algierii, obok niego premier Izraela. Wszyscy trzymają się pod rękę, tworząc nieprzerwany łańcuch. Tworzą, z wieloma szefami innych państw europejskich, pierwszą linię wielomilionowego marszu Paryżan. Przyjaciele Francji. Tej Francji, której syn, Voltair powiedział: nie zgadzam się z tym, co mówisz ale będę bronił Twojego prawa do mówienia tego. I to jest najlepszy opis współczesnej, politycznej demokracji europejskiej. Demokracji, której zasadniczy kształt filozoficzny zrodził się właśnie we Francji. Poprzez krwawe rewolucje, przez morze krwi. Ale głód wolności jest silniejszy niż lęk przed barykadą lub śmiercią. Trójkolorowa kokarda Francji i jej trójczłonowe hasło: Wolność, Równość i Braterstwo. Tylko ta wolność musi być pierwsza. Bez wolności jednostki mowy być nie może o jakiejkolwiek równości. I potrafi być trudna, niewygodna. Ale niezastąpiona. Czym jest dla mnie, Europejczyka, Polaka, Kanadyjczyka?
Nie może chyba nikogo, kto zna moje pióro lub zna mnie osobiści budzić wątpliwości, że np. nie znoszę pana Kaczyńskiego, szefa polskiej partii PiS, że reprezentują to, co mnie często mierzi i czego w polskiej tradycji nie znoszę. O skrajnych grupach prawicowo-nacjonalistycznych nie wspomnę—są dla mnie, jako Polaka , obrzydliwe. Ale gdybym miał jakąkolwiek szansę czy możliwość zakazu ich działalności—nigdy bym takiego dokumentu nie podpisał. Ich prawo do wyrażania własnych przekonań, do argumentacji jest wielokroć ważniejsze niż moja niechęć czy sprzeciw wobec tego typu przekonań. Demokracja i wolność nie zasadzają się na mojej wygodzie. Polega właśnie na ustawicznym ścieraniu się poglądów. PiS w Polsce reprezentuje pokaźnych rozmiarów fragment polskiego społeczeństwa, jest niemożliwym by ta część nie miała prawa do głoszenia swojej wizji kraju. Do pewnego stopnia dzięki PiSowi tą część Polski poznałem, może nawet rozumiem. A to ważne. Dzieki temu wiem, kto jest i dlaczego jest moim przeciwnikiem. Jako młody człowiek miałem w głowie jakąś nierealną, utopijną wizję Polski. I byłem pewny, że gdy tylko obalimy komunę, ta właśnie Polska powstanie z popiołów. Naturalnie powstała w wielu wymiarach kompletnie inna od mojej utopii. Zachowała jednak najważniejszy element tej mojej utopijnej wizji: moje prawo do wyrażania moich poglądów, do przekonywania prywatnego i publicznego do tej wizji. Przekonywania w argumentacji, bez używania noża, karabinu czy pałki. To jest różnica między współczesną demokracją, która ma bardzo silne korzenie w tradycji francuskiej właśnie, a państwem komunistycznym, faszystowskim czy wyznaniowym. Państwo oparte na jednej filozofii, ideologii lub jednej religii nie może być taką demokracją. Ani państwo muzułmańskie, ani katolickie, ani zydowskie. Nie może być państwem wolnego obywatela. Dlatego, że „równość” nie jest synonimem „każdy taki sam”. A wszelkie dogmaty ideologiczne i religijne tego własnie wymagają.
Miało być o wojnie z ideologią obcą, wrogą. Wojnie z zamachowcami na wolność. Potem miało być o Marszu Jedności w Paryżu, który z Marszy Jedności Francuzów zamienił się w wielki Marsz Jedności Międzynarodowej. A pisałem o Polsce i Polakach. Ale to dobrze. Bo to jedno i to samo. Je suis Charlie może być i jest de facto: je suis Janek, je suis Zośka, je suis Stasiu.
Więc tym razem ta wojna jest też moją wojną. Inaczej bym zaprzeczył wszystkiemu, w co do tej pory wierzyłem. W człowieka i jego niezbywalne prawo do wolności osobistej i obywatelskiej. Celem i marzeniem moim jest ciągłe poszerzanie tej wolności, tak by faktycznie w każdym kraju zachodniej cywilizacji wszyscy obywatele byli równi wobec prawa i państwa. A ciągle tak nie jest. Bez wolności wypowiedzi, wolności słowa mowy być nie może o osiągnięciu tego ideału. Mowy być nie może o rozwoju społeczeństwa. Mowy być nie może o rozwoju nauki i myśli. O dobrowolnym wyborze.

Posted in Cywilizacja, blog Bogumiła (polski), society | Tagged , , , | Leave a comment

Charlie Hebdo – from Paris to the world

own graphic by author

To those, who think that they can silence us. Those, who think that they can scare us. You are wrong. We are millions.

I am Charlie. My first name is Humanity. But you can call me Freedom.

Posted in Cywilizacja, blog Bogumiła (polski), society, this & that (English) | Tagged , , | Leave a comment

2015 – i co dalej?

Rok ubiegły kończył się w kraju okrągłymi rocznicami ważnych wydarzeń ostatnich 25 lat – powstanie nowej, III Rzeczypospolitej, uchwalenie nowej Konstytucji RP i tym samym zlikwidowanie potworka PRL. Była okazja do celebrowania lub politycznych rozróbek (tzw. Marsz Niepodległości w Warszawie był najlepszym przykładem braku obywatelskiej odpowiedzialności za kraj). Okazja – jak to zawsze przy okrągłych rocznicach bywa – do refleksji: gdzie byliśmy, gdzie jesteśmy, co osiągnęliśmy.
Wielu mądrych, jeszcze więcej głupich, się na ten temat szeroko wypowiedziało. Więc ja tylko pół serio.
Polska osiągnęła rzeczy niewymierne, wielkie i wspaniałe. Wolność polityczną i osobistą. A to bardzo dużo. I coś, czego brak bardzo łatwo zapomnieć szybko, gdy się ją ma. I przez to nie doceniać. Osiągnęła demokrację. Niedoskonałą, ale praktyczną i funkcjonującą. Jak funkcjonującą, zależy w największym stopniu od samych Polaków. Nieco wyświechtane, niestety prawdziwe, powiedzenie należy tu przytoczyć: macie taką władzę i takich polityków na jakich zasłużyliście. Ni mniej ni więcej. Narzekajcie ile chcecie – tym niczego nigdzie jeszcze nie zbudowano. Jak typowy szlachecki dziedzic, który narzekał, że mu ekonom majątek zrujnował. A wszak nigdy nie pomyślał, że warto do majątku czasem zajrzeć, księgi sprawdzić, na ręce ekonoma popatrzeć. Sejm polski być może jest w dużej części smarowany niezupełnie czystymi pieniędzmi, posłowie i przywódcy może są zwykłymi oszustami lub politycznymi awanturnikami. Ale ani Coca Cola, ani Kreml ani nawet Waszyngton czy Bruksela czołgami ich na Wiejską nie wprowadzili. Wprowadzili ich tam polscy wyborcy. Przy urnach wyborczych. Lub, co jeszcze gorzej, brak tych wyborców przy tych urnach w godzinach najważniejszych: w czasie wyborów. Zapomnieli do urn pójść, bo zbyt byli zajęci narzekaniem. To jest zasadnicze prawo demokracji: jeśli ty nic nie zrobisz, to ktoś zrobi to za ciebie. Niekoniecznie dla ciebie korzystnie.
Np. ostatnio wyjątkowo wsławiła się polska parlamentariuszka z partii PIS, profesor i poseł na Sejm Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, pani Krystyna Pawłowicz. Zwykła ordynarna chamka i awanturnica, jakie się najczęściej spotyka w podłych knajpach siedzące przy piwie czy butelce wódki. Ktoś ją jednak do Sejmu wybrał. Więc tych ludzi reprezentuje. Najgodniej, jak potrafi.
III Rzeczypospolita w olbrzymich połaciach swej przestrzeni wygląda pięknie. Miło ją odwiedzić i pochodzić po miastach i osadach. Odremontowana, rozbudowana, nowoczesna, kolorowa. Europejska. Poza samym odzyskaniem suwerenności, to własnie powrót do Europy i członkowstwo Polski w Unii Europejskiej za absolutnie najwieksze osiągnięcie Polaków uważam. Strach pomyśleć, jaka by była, gdyby poza Europą została. Białoruś? Brrr …
Ale to nie cała Polska – pozostałe bardzo obszerne miejsca, gdzie jakby o niej zapomniano. Miejsca wyglądające być może nawet gorzej niż za czasów PRL. Straszliwie ucierpiała polityka socjalna w Polsce. Koszty olbrzymich przemian gospodarczych wielokroć zrujnowały setki tysięcy ludzi. Opieka socjalna jest w kraju absolutnie skandaliczna. Słuchałem niedawno wywiadu z profesorem Balcerowiczem, słynnym autore Planu Balcerowicza, który te wielkie zmiany gospodarczo-ekonomiczne w Polsce zainicjował. Zdumiała mnie dziś (a kiedyś szacunek duży do niego za odwagę i konsekwencję miałem) jego kompletna arogancja i brak zrozumienia kosztów socjalnych tych przemian, jakie dotknęły i stale przygniatają warstwy niajbiedniejszych w Polsce. Pan profesor Leszek Balcerowicz mający bez porównania większą wagę i iloraz inteligencji od pani profesor Pawłowicz, na tej płaszczyźnie politycznej zrównał się z panią Pawłowicz właśnie. Nie wolno machać lekceważąco ręką, gdy mówi się o biedzie i biedakach, zwłaszcza jeśli samemu ma się pokaźny majatek. Bo panie Balcerowicz – ci pozbawieni nawet nadzieji na lepsze jutro biedacy w Polsce, mają najważniejszy tytuł i odznaczenie, jakie i pan posiada: tytuł obywatela i współwłaściciela Rzeczypospolitej Polskiej. Pana psim obowiązkiem było zadbanie o ich losy, gdy pan te wielkie (i niebędne w zasadniczej ideii) zmiany wprowadzał. Nikt panu prawa wywłaszczenia tych obywateli nie nadał. Nie dla Coca Coli Polskę wolną chcieliśmy mieć (choć nie ma potrzeby by była przeciw Coca Coli). Więc dzisiaj trochę tego oryginalnego szacunku wobec pana straciłem. Nawet więcej niż trochę.
Teraz, gdy Polska staje na solidniejszych nogach ekonomicznych, gdy kraj odzyskuję swą wartośc, znaczenie i godność czas najwyższy do tej Polski nr 2 i nr 3 zajrzeć. Trzeba i ją odbudować. Trzeba właśnie tą godnośc przywrócić tym, którzy ją utracili. To jest też obowiązek państwa. I konieczność tworzenia stabilizacji politycznej. Te Polski nr 2 i 3 stoją teraz pod tablicą, która za bardzo przypomina hasła z tej innej, poprzedniej niegodnej epoki. W sposób humorystyczny obrazuje to ta grafika

A ludzi myślących ta grafika nie tyle doprowadza do śmiechu, co do smutku. A powinniśmy się cieszyć. I chcielibyśmy.
Otóz i moje refleksje na 2015. Sukces? Niezaprzeczalny. Ale częściowy tylko, nie zakończony. I zakończyć trzeba.

Posted in Cywilizacja, blog Bogumiła (polski), society | Tagged , , , | Leave a comment

Gwiazdka

Dziwna ta Gwiazdka w tym roku. Bo dziwne mną uczucia targają. Przypomina mi (pod wzgledem emocjonalnym, nie fizycznym) Gwiazdkę w Capuii di Santa Maria pod Neapolem w obozie dla uchodżców. Pierwszą poza Polską, pierwszą w świadomości, że już nie wracam i 10 dni po ogłoszeniu stanu wojennego. Bardzo, bardzo smutną. Jedne z najtrudniejszych dni mojego życia. Ale miałem wtedy 22 lata. Świat i jego przeszkody to była pestka! Wszak miałem, mimo tej potęgi młodości, pełne przeświadczenie, że mój świat się własnie nieodwołalnie zmienił. I teraz mam jakieś dziwne uczucia. Tak, jakbym znowu jakąś inną granicę przekraczał. Nie bardzo wiem jeszcze jaką i czy dobrą – ale coś się zmieniło. Bez wątpienia kilka monumentalnych zmian fizycznych i emocjonalnych zaszło już, inne jakby zza ściany zerkały i je przeczuwam, choć wiedzieć nie mogę czy będą koloru ciemnego czy jasnego. /…/ Que sera, sera.
Najpewniej szarego …
Kłopoty z jakimiś programami podsluchującymi, śledzącymi i po prostu złosliwymi na komputerze utrudniaja mi bardzo dostęp do wielu rzeczy i doprowadzają do pasji. A w dodatku jestem … radioaktywny. Ha ha ha. Ano skutkiem różnych bardzo nieprzyjemnych badań przez kilka tygodni mogę się świecić. Akurat na święta. Za choinkę będę służył, psiakość. Ponoć ma to im (lekarzom) pomóc zrozumieć czemu tak do … no, tego panie, się czuję już od ponad dwóch miesięcy. A ja wiem swoje i tak. Na to nie ma lekarstwa. Życie, wot wsio. W dodatku nadojadło zupełnie. Lub dlatego właśnie. A jeszcze czyta się Leśmiana po nocach, wraca w jego ‘malinowe chruśniaki’, rozczula historią wierzby i króla Asoki – wszystkie te młodemu wieku należne emocje a nie mojemu już. Aż zaczynam wierzyć, sam płonę tymi emocjami, myślę, że ktoś je odwzajemnia (znowu Leśmianowskie zjawy i ułudy a nie rzeczywistość…). No i ta pompka wysiada, dziwić się nie można. I pewnie dlatego, nawet w czasach, gdy młodzi do starszych mieli szacunek, sami starsi często dosadnie takie ‘wzloty’ rówieśnikom wypominali stwierdzeniem: stary, a głupi. Palcem na czole znaczące kółko rysując. Tak i żegnam w ten sposób kolejny rok. Emocjonować się i egzaltować nadmiernie co prawda zawsze lubiłem (lub raczej: miałem ku temu predyspozycje), ale głupoty nie znosiłem, więc wcale mi się nie podoba, gdy teraz tak mi mieliby pokazywać i mówić. Zwłaszcza, że młodzi już tego staroświeckiego szacunku nie zawsze przestrzegają. Może i dobrze. Te konwenanse to często tylko uwierające, wykrochmalone kołnierzyki i gorsety – udusić się można. A dobrzy znajomi kiwaja głową ze zrozumieniem: kryzys średniego wieku przechodzisz, mój drogi! Kryzys? Średniego wieku?! Toż ja nie mam zamiaru tylu lat dożyć, żeby to był wiek średni, ha ha ha. Broń mnie panie boże. Broń mnie nawet jeśli agnostykiem jestem, boć ponoć miłosierny. Nie bym wiekiem poważnie starszym gardził i go nie szanował. Iluż wspaniałych przyjaciół i znajomych bliskich miałem i mam w wieku o generacje lub dwie starszym! Ale to trzeba mieć charakter, spokój duszy i stoickość wypracowaną, a nie myśleć stale o motylach i kwiatkach, psia…kość! Być starym i mądrym to wartościowe dla świata i nnych, ale starym a głupim?! Toćbym dopiero zgryzot otoczeniu przyniósł. No i trzeba zawsze czuć się potrzebnym komuś. Nie z litości lub przyzwyczajenia. Z umiejętności wzbogacania świata tej drugiej osoby lub osób. Nie bardzo jestem pewny czy jeszcze tą umiejętność posiadam, lub dokładniej, czy jest ona komukolwiek potrzebna do czegokolwiek. Sarkazm na chwilę odkładając, powiem szczerze, że niezbyt to miłe uczucie lub zwątpienie. Może to właśnie ta ‘zmiana zza ściany zerkająca” tegorocznego okresu gwiazdkowego? Może…

Posted in Gadki, Uncategorized, blog Bogumiła (polski) | Leave a comment

Czy rocznice to okazje do rozrób?

W Stanach Zjednoczonych systemowy i głęboko zakorzeniony rasizm i poddział społeczeństwa na czarno-białej linii od czasu do czasu wybucha ulicznymi protestami, paleniem budynków, aktami cywilnego nieposłuszeństwa wobec państwa -biernego i czynnego. Słowem: zamieszek ulicznych. Nikt nigdy nie wie i nie planuje takich rozruchów. Trudno określić, w którym momencie ‘czara goryczy’ się przeleje, co spowoduje protesty i które protesty pozostaną protestami o zasięgu i znaczeniu lokalnym, a które przybiorą groźne rozmiary na szeroką skalę. Dzieje się tak, ponieważ rasizm amerykański nie jest narzędziem urzędowym, nie jest owocem ideologii politycznej czy filozoficznej. Jest głęboko zakorzenionym fenomenem społeczno-socjalnym. Przypomina bardziej ideę hinduskiego podziału na kasty/klasy społeczne niż współcześnie rozumianego rasizmu stricte sensu.

Stąd władze stanowe i federalne czasem są kompletnie do zamieszek nie przygotowane. Są one zaskoczeniem, wypadkiem nie przewidzianym.

W Polsce jest dużo łatwiej i w zasadzie służby porządkowe a nawet armia nie powinny mieć wytłumaczeń na rozruchy i niszczenie mienia lub zbiorowe napaści na innych obywateli. Wiadomo: poważniejsze mecze piłki nożnej, to zawsze okazja do wielkiej rozruby, bijatyk (nawet zabójstw). Wiadomo, które kluby mają wyjątkowo dobrze zorganizowaną sieć tzw. kiboli, czyli zwykłych rzezimieszków i kryminalistów, którzy zorganizowani są omal na miarę mafijną. Drugim przewidywalnym, z kalendarzem i zegarkiem w ręku, ewenementem są rocznice i święta narodowe. Tak, w normalnych krajach (kiedyś w Polsce) okazja do celebracji i dumy narodowej. Dziś, niestety, za sprawą gry politycznej największych partii zasiadających w Sejmie, umożliwiło się dopuszczenie do głosu elementy faszystowskie. Takim wielkim moralnym przestępstwem było umożliwienie przez byłych premiera i prezydenta Jarosława i Lecha Kaczyńskich do zajęcia pozycji rządowych Lidze Polskich Rodzin z Romanem Giertychem. Giertych, faszysta czystej krwi z pokolenia na pokolenie, reaktywowal nawet bojówkarską organizację młodzieżową ‘Młodzieży Wszechpolskiej’. To był błąd Kaczyńskich i PiS-u największy. Nazwałbym go zdradą stanu. Umożliwiło to wyjście tego ruchu (faszyzmu polskiego) z błota moralnej zgnilizny na świeże wody polityki ogólno-polskiej.

Wszelkie przymierza polityczne z ruchami skrajnymi (komunizm, faszyzm) zawsze kończą się moralną klęską dla tych, którzy te przymierza zawierają. To nie polityczne układy i chwilowe porozumienia koalicyjne. To cyrografy piekielne, za które się płaci bardzo długo. I drogo. Łudzenie się, że faszyści sami chętnie (gdy im to się umożliwi) zamienią kominiarki, pałki i noże na garnitury i krawaty jest niczym nie uzasadnioną naiwnością. Mnie się zresztą wydaje, że zwykłą głupotą i kompletnym analfabetyzmem podstaw historii ruchów politycznych.

To jedna z zasadniczych i podstawowych przyczyn niemożliwości przekroczenia pewnego pułapu wyborczego PiS-u w Polsce. Nie wiem, czy jest to możliwe nawet po odejściu Prezesa Kaczyńskiego.

Zbliża się rocznica ogłoszenia stanu wojennego w Polsce przez generała LWP, Wojciecha Jaruzelskiego. Kolejna (po listopadowej rocznicy odzyskania Niepodległości) okazja do organizowania marszu ulicami Warszawy. Marszu tradycyjnie traktowanym przez PiS, jako formy protestu politycznego. Tak, jakby rządząca obecnie koalicja PO i PSL nie były centro-prawicowymi partiami Rzeczypospolitej a pogrobowcami PZPR. Co jest naturalnie absurdem. Ale spodziewać się można kolejnego udziału w marszu środowisk faszystowskich – ci rokrocznie bezwzględnie odcinają kupony polityczne od byłych koalicjantów w PiSie. Warszawiacy są już tymi zadymami zmęczeni. I kosztami wydanymi za każdym razem na znaczące wydatki na policję i inne służby miejskie zaangażowane w szarpaniny z chuliganerią z tych marszów.

Jaka szanująca się partia demokratyczna zmuszona składać jest oświadczenie publiczne przed organizowanym przez nich marszem, w rodzaju oświadczenia przedstawiciela PiSu, posła Joachima Brudzińskiego? Oświadczenia, w którym pan Brudziński przyrzekał: Mieszkańcy stolicy mogą czuć się bezpieczni. …. Nie będziemy podpalać i niszczyć Warszawy. Włosy stają dęba na głowie – to są teksty wypowiadane niegdyś przez okupantów rosyjskich i niemieckich, panie Brudziński! Demokratyczny polityk demokratycznego państwa takich oświadczeń składać nie musi i nie powinien. Dla mnie takie oświadczenie, to polityczna klepsydra partii politycznej, która je składa.

Posted in Cywilizacja, blog Bogumiła (polski), society | Tagged , , | Leave a comment

Teatr Polski nie zawiódł

Dzis ostatnia szansa pójścia na spotkanie ze Sławomirem Mrożkiem, który prosi do “Tanga” w teatrze w Evergreen Cultural Centre w Coquitlam.
Naprawdę warto. Głębiej i bardziej szczegółowo na ten temat wypowiem się w następnym wydaniu “Takiego Życia”, dość jednak powiedzieć, że kolejna premiera Teatru Polskiego z Vancouveru nie zawiodła. Ani zamysł reżyserski inscenizacji “Tanga”, ani wykonie na scenie.
“Tango” dostarczyło dobrych wrażeń na wielu płaszczyznach: bezpośredniej, dobrej rozrywki, bogate w sytuacje komediowe, rozbawiające; w refleksji nad problemem moralnym tzw. zmiany czasu, wymiany epok i sposobów zachowań.
Ten temat, który jest zasadniczym przekazem Mrożka jest tematem, z którym każde pokolenia styka się nieodwołalnie. Tematem, który jest wyzwaniem dla każdego z nas. I wcześniej czy później każdy z nas musi mu stawić czoło.
Tradycja czy współczesność? Normy znajome, stare, czy też poszukiwanie nowych? Zbyt gwałtowne i bezceremonialne odrzucenie norm zachowań może spowodować zagubienie się, chaos. Wiemy przecież, że rewolucje jakiekolwiek (czy te olbrzymie, polityczne, czy też rewolucje małe, tylko w naszym prywatnym życiu) potrafią być bezwględne, potrafią wywalić nasz świat do góry nogami i przestawic system wartości do tej pory nam znany.
W “Tangu” ciekawym chwytem jest wprowadzenie jeszcze większej konsternacji poprzez odwrócenie typowych ról: to nie generacje starsze są za obroną tradycji – to generacja młodego Artura domaga się powrotu norm, zasad i konwenansów.
Opis ten jest szalonym uproszczeniem treści “Tanga”. Tak autor sztuki, jaki reżyser Marek Czuma nie stawiają nigdzie ‘kropki nad i’, nie dają żadnej definitywnej odpowiedzi. Zadają pytania i kiedy już wydaje się nam, że znamy odpowiedź – jednym zaskakującym zdaniem przestawiają reguły zabawy.
W tym wszystkim nigdy nie zapominając, że scena teatralna to nie szkolna klasa. I zwykłe moralizowanie potrafi widza szybko znudzić i zniechęcić, tak samo, jak młodego ucznia. Więc Mrożek nie daje prostej odpowiedzi, podsuwa jedynie sugestie, uczy drogi do własnego jej szukania. Tak, jak mądry nauczyciel w szkole. Stąd “Tango” dobrze zrealizowane na scenie to też (przede wszystkim może?) dobra rozrywka, to satyra chwilami ostra ale nigdy nie nachalna, nie głupia.
I takie “Tango” przedstawił nam zespól Teatru Polskiego.
Olbrzymie brawa dla całego więc zespołu. Trudno i niesprawieliwe byłoby wyróżnienie tu kogokolwiek z obsady. Nie było też w nim ról w pełnym tego słowa znaczeniu drugoplanowych. Każda z nich miała pierwszorzędne znaczenie i każda oferowała inny punky widzenia świata. Do pewnego stopnia najważniejsze (jesli już były) to naturalnie rola Artura i Stomila. Artur (syn Stomila) reprezentuje bunt wobec odrzucenia starych zasad i zwyczajów, wobec nowego świata. Natomiast Stomil, wbrew pozornego abnegactwa i nihilizmu rysuje przed Arturem najbardziej spójny moralnie i filozoficznie wybór moralny. Czy to może kontrewolucja Artura, domagająca się przywrócenia starych konwensów nie jest niczym innym, jak zachowaniem się konwensowym właśnie? A więc płytkim, pozbawionym głębi i moralnej siły? Czy Artur przypadkiem nie jest chwilami podobny do swojego sojusznika i podwykonawcy, wuja Eugeniusza? Postaci mało szlachetnej, słabej wewnętrznie, nieco zniewieściałej i pełnej zwykłego lęku i żalu za utraconą młodością, którą wydaje mu się, że może przywrócić przez zwykły nawrót ‘starego świata’.
W roli Stomila absolutnie nie zawiódł Ryszard Kopplinger. Jego Stomil to postać przekonywująca, smutna chwilami ale autentyczna. De facto (poza postacia Ali) jedyna, ktora jest szczera i robi wybory świadome i zadaje pytania oraz sugeruje wybory oparte na przemyśleniu, na realnej szansie przetrwania tego bałaganu, jakim jest życie. Życie, w którym gramy, jako bezmyślne kukiełki. I w którym jedyną ucieczką od tej bezmyślności jest ucieczka w abstarkcję sztuki (eksperymenty artystyczne Stomila).
Wielkie brawa dla młodego aktora Filipa Karwowskiego, który wcielił sie w postać Artura. Z punktu widzenia scenicznego, jest to rola-kolubryna. Artur na scenie przebywa prawie bez przerwy, wiec wymaga to kolosalnego wysiłku fizycznego i psychicznego, skupienia. Stworzył postać bardzo przekonywującą, autentyczną. Nie jest to jego pierwszy występ na scenie Teatru Polskiego ale pierwszy raz w roli pierwszoplanowej i to bardzo trudnej. Więc de facto debiut aktorski w pełnym słowa znaczeniu. Panie Filipie – egzamin zdał pan bardzo dobrze! Drobne błędy, jakie sa udziałem najwiekszych, w niczym pana sukcesu nie uszczuplają. Mam nadzieje, że to początek bardzo obiecującej kariery scenicznej.
Julia Siedlanowska – przyznaję, że jestem pod olbrzymim wrażeniem jej talentu scenicznego. Jej postać Ali – jedynego ‘normalnego’ charakteru “Tanga” – była majstarsztykiem prostoty scenicznej. Ala od początku jest poniekąd na zewnatrz tego rozgardiaszu, tej kontrewolucji socjalnej i rodzinnego spisku. Nie chce bawić się w filozoficzne spory – chce budować normalne życie ze swoim ukochanym. Pozwala mu na młodzieńcze bunty, na ekstrawagancje, wojny. Ale chce być pewna, że on nie traktuje jej i ich wspólnej miłości, jako kolejnej batalii w tej filozoficznej wojnie. Nie chce być pionkiem w tej grze. Owszem, z pewnym wyrafinowaniem podejmuje się sama pewnej podstepnej gry demistfikującej cały te zamieszanie w duszy Artura – ale robi to z pełną swiadomościa celu. I to jej właśnie decyzje i działania decydują o tragicznym i nieprzewidzianym (również dla niej) finale tej gry. Jest elementem spoza konfliktu, ale elemntem, który decyduje o wyniku tego konfliktu. Reprezentuje niejako niewiadomą ale prawdziwą, nie wydumaną siła życia. Siedlanowska wprowadza na scene pewną świeżość i pewną niewinność charakteru. Nie jest to niewinność infantylna – to po prostu pewne zawierzenie naturze. Rosjanie taką obecność sceniczną określali, za swoim wielkim reformatorem teatru Stanisławskim, mianem ‘naturszczyka’. No, wot i wy natrurszczyk, mademoiselle Siedlanowska.
Elizabeth Kozłowski, jako Bacia nie zawiodła i tym razem. Po Ali, bogdaj najsympatyczniejszy charakter “Tanga”. Bacia chce po prostu jeszcze troche pozyć i pocieszyć się życiem. Doskonale zdaje sobie sprawe z kurczącego się czasu – ale póki co, chce trochę jeszcze niwinnego joie de vivre pokosztować. Nie chce po prostu na tą smierć czekać i stąd jej paniczny lęk przed katafalkiem, na który w formie kary każe jej się kłaść wnuk Artur. Po prawdzie ten wymyślony przez Stomila-artystę zwariowany dom bez zasad i norm jej zwyczajnie odpowiada. W tym bałaganie Babcia nie musi udawać i grać roli matrony czekającej na śmierć. Może zwyczajnie jeszcze trochę pożyć, póki ma szansę. Choćby z kieliszeczkiem wódeczki i przy karcianym stole. I kiedy nagle ten stary świat z naftaliny ma wrócić, Babcia wcale na tą tradycję nie ma ochoty. Jak już ma umierać przez lata to woli umrzeć teraz. I tym razem sama kładzie się na katafalk, jednocześnie śmiejąc się z tej dziecinnej gry, którą jej dzieci i wnuk prowadzą. Nie ma już ochoty na nowe rewolucje i kontrewolucje. Mówi: a dajcie mi już święty spokój!
Jak zawsze u Kozłowskiej, jej najwiekszym atutem aktorskim jest zdolność do stwarzania dobrego rysunku komediowego. Pewna wyniosłość, władczość ale i jednocześnie przechera i podstępność.
Marek Walczuk – do tej pory znany głównie i lubiany bardzo przez publiczność w charakterystycznych rolach drugoplanowych. Też (jak Ala) nieco z zewnatrz, nigdy nie wplątany bezpośrednio w główną nić intrygi. Facet z ulicy. Jego nieskomplikowane procesy myślowe często dają kapitalne riposty wobec filozoficzno-etycznych labiryntów głownych postaci. W “Tangu” reprezentuje niepokonaną siłę zewnętrzną. Siłę prostej, bezwględnej ulicy. O, to wy się kłóćcie, wymądrzajcie. Ja tam się panie do waszej polityki pchać nie będę. Ja się zgadzam. A jak wolicie, to się nie zgadzam. Ja nie wiem. Wy zadecydujcie, a ja zrobie, jak mi powiecie. Ja nie mam własnego zdania.
Tyle, że ulica, ‘lud’, potrafi być cwana, przekrętna. I bezwględna. Będzie się kłaniać i królowi i dykatorowi. Służyć Kościołowi i Rewolucji. I przy pierwszej okazji zaprowadzi i króla i biskupa i dyktatora na gilotynę. Po to, by samej zasiąść bezwstydnie na złoconym tronie. W zasadzie, w inscenizacji Czumy, Edek nie ma ani jednego znaczącego, wybijającego sie monologu, szczególnie wartych zapamiętania dialogów. Mimo to, jego obecność sceniczna, jego bycie na scenie są niezbędne. To symbolicznośc jego postaci demaskuje lub uwierzytelnia zachowania innych. Być może to najlepsza rola, jaką Marek Walczuk do tej pory zagrał. Bezwględnie najtrudniejsza. I myślę, że przy obsadzaniu ról, Marek Czuma podjął w tym wypadku idealną decyzję.
Naturalnie nie sposób pominąć milczeniem Eleonory – żony Stomila i matki Artura. Kobiety z pozoru nieciekawej, moralnie podejrzanej. No, jako matka przecież egzaminu nie zdała. Suma summarum synem się jakby wogóle nie przejmowała. Jako żona, no, co tu dużo mówić – ostatecznie z Edkiem nie gra tylko w karty! Mimo to, nie jest postacią niesympatyczną. Przeciwnie, jej słabość i ukrywane ale szczere rozterki są nam wszystkim bliskie i znajome. Na Eleonorę można się ostentacyjnie oburzać – ale nie sposób jej po cichu nie lubić. Kamila Marczyk stworzyła postac ciepłą, ludzką. Nie jest to konterfekt narysowany prostą kredką, jednoznaczny. W całej tej pozornej niemoralności, w przyzwalaniu na panujący w jej życiu i otaczającym ją świecie nieład zachowuje najbardziej ludzkie i najzwyczajniejsze marzenia, pragnienia i słabości. Pani Kamila Marczyk potwierdziła tą rolą swoje miejsce w zespole Teatru Polskiego. Ma teatrowi i nam, widzom, dużo do zaoferowania.
Ach i ten słabiutki, budzący i żal i odrazę wujek Eugeniusz! Być może obok Ali najbardziej jednoznaczna postać sztuki. Eugeniusz Marka Czumy (tak, sam mistrz-reżyser w tą rolę się wcielił, co zadanie bardzo niebezpiecze!), to człowiek, który nie ma własnego świata. Jego świat zniknął, gdy Stomil i Eleonora odrzucili tradycję i wprowadzili królestwo nihilistycznej awangardy. On tego świata szczerze nienawidzi, nieznosi, dusi się w nim. Ale nie ma siły by z niego odejść. Poza tym światem jest jeszcze gorsza rzeczywistość – jest obcy świat na zewnatrz, w którym samemu trzeba grać role piewrwszoplanowe. Być właścicielem swojego losu. A Eugeniusz nie potrafi, Eugeniusz potrafi tylko wykonywac rozkazy. I czasem lubi być chwalony, głaskany. Eugeniusz to duże, trochę zniewieściałe dziecko. Dziecko epoki, która minęła. I do której strasznie tęskni. Więc nadarzająca się okazja podjęcia kontrewolucyjnego spisku z siostrzeńcem daje mu na to szansę. O, Eugeniusz czuje, że to szansa ostatnia i chwyta się jej, jak tonący brzytwy. Staje się głownym policjantem i katem jednocześnie na ołtarzu tej kontrewolucji. I być może ponosi w niej największą klęskę. Bo Artur przynajmniej ginie skutkiem nieprzewidzianego zamachu Edka. Nie ma czasu ponieśc ani ostatecznej klęski ani ostatecznego zwycięstwa, ginie na polu bitwy. Nie odchodzi w kajdanach. Natomiast Eugeniusz odchodzi z bitwy w kajdanach, pokonany. Nie jest mu dana nawet godność więźnia. Nie, los zmusza go do symbolicznego tańca. Oto ten brutal, ten ‘lud’ bierze go w objęcia zwierzęcego tanga, tańca sybolizującego najbardziej prymitywne ale i najbardziej szczere pasje człowieka, jego żądzy, chuci. I Eugeniusz nim ulega. Staje się niewolnikiem dobrowolnym. Traci nie tyle wolność ile godność. W każdym razie godność taką, jaką sobie do tej pory (być może falszywie) wyobrażał. Rola Eugeniusza jest być może najbardziej teatralna ze wszystkich postaci “Tanga”. Wymaga właśnie przerysowania, sceniczności. Wymaga grubej kreski charakteryzatorskiej. Myslę, że Marek Czuma-reżyser winien być zadowolony z Marka Czumy-aktora. Z powierzonego mu zadania wywiązał się bardzo dobrze.

(załączone zdjęcia wykonane przez Andrzeja Manuskiego)

Posted in Literatura, blog Bogumiła (polski), scena | Tagged , , , , | Leave a comment

What separates democracy from tyranny?

The boiling racial tension in Ferguson and right across the United States could be explained on many level and it does contain many levels of deep rooted problems. A Grand Jury in Ferguson, Missouri decided not to recommend any criminal charges against policeman Brown, an officer who shot to death young black guy. It might have right decision, might have been wrong one. Almost certainly almost impossible one to make, given the fact, that they knew that it easily could spark riots, demonstration, perhaps even civil war, who knows, in some urban centers.
The facts are, on the surface at least, very few and simply: one late evening a young black teenager is stopped by a white police officer. The officer connects him to a burglary that just happened near by. Some sort of argument (perhaps scuffle) happens between the 18 year old youth and the police officer. The policeman discharges his pistol once or twice, injuring slightly the black man, who than starts to run away on the street. The policeman gets out of the car and pursues him. The black man turns around and starts walking toward the policeman. He is, and was throughout the incident, unarmed. The policeman shoots at him few times killing him. That was the cause of immediate riots in the city and involvement of all levels of government. Local, state and federal. It becomes a national crisis. Now the crisis starts again. I will not discuss here the particulars of the tragic events. Will not even ponder whether the Grand Jury decision was proper in my opinion.
In a peaceful and relatively prosperous and just society event like that would never lead to massive riots. But there is two massive and looming causes of this type of unrest. Both in Canada and the US. And it is the other issues that are most troubling and need to be fixed, not the individual tragedy(however justifiable or not justifiable the shooting was). That is huge economic inequality built over a racial divide and deeply rooted racial inequality and police forces themselves.
When, without any doubt whatsoever, you have a class, group, caste of people, who share the same characteristics that are specific to them only and not to others and they are disadvantaged on every level of life – than you call it by it’s name. An ugly name but absolutely fitting and clearly describing the situation. It could be women, could be gays and lesbians, could be people of different or specific faith, could be people of different colour of their skin (black, yellow, red – could be all of them or one specifically). In the last example it is called racial discrimination. And it doesn’t have to be (often is, but not in Canada or United States) enshrined in legal documents, constitution or any other provincial, federal or state law. But it exists very pervasively in the society. So pervasively that the fact that you were born to that class, right away puts a huge obstacles for the rest of your life. No one in their right mind, any reasonable person would not argue today that a race or gender or sexual orientation (with faith it is not as clear as faith dictates certain type of believes that are not rational in conventional sense) makes you less intelligent or more prone to the life of vices (criminal activity). Yet, as whole, as a society we do act like we strongly believe in tat exactly. That’s why I believe that we are racist in Canada and the United States. The case could be (and it should and many smart people are making it for years now) made based on two distinct racial groups in both countries. And bot different. The Aboriginal people (Natives) in Canada and black people in US. In Canada a case could be made that actually it is the federal government (not of any particular political stripes) that perpetuates the racist policy through its Indian Affairs Department. But if that’s the truth, than it could be easily argued that in democracy (which Canada without any doubt is) such a government would stand no chance to lat without tacit approval of thew rest of the society. After all, it is Canadians who choose their own governments. And Canadians can not say, that they don’t know how bad the “Indians have it”. It is an entire group who lives in abject poverty, with very limited access to normal education, health care and many other services readily available to the rest of us. It was even a subject of serious criticism and admonitions from United Nation agencies. And it is visible to all of us with a naked eye. Everywhere.
The same goes, just on a massively larger scale, in the States with black community. And they even have black president! And nothing as patronizing and as rigid as our Indian Affairs. But the entrenched in tradition and cultural phobias racism is alive and well across the border. Despite emancipation, abolitionism and all the wonderful social actions they have undertaken in the past. People change very slowly.
And it is true that alcoholism, crime, drugs are rampant in both communities. But not because they are black or red. Because they are poor. And they are poor because many of us wanted to keep them poor and uneducated. And so it is the anger of the entire community that is reacting that way in Ferguson, in Missouri. Not because that specific incident. Because that incident allowed it to boil over. Was a convenient catalyst for the riots – not the true cause. Just as it did boil over many times (on a smaller scale because of smaller population and largely living outside of major urban centers) in Canada.
The second issue is and should be change easier and quicker. Requires political will and iron fist in enforcing new rules. That is the problem with Police Forces. Somehow in the last 25 years they become a truly paramilitary organizations. Too powerful and with way too much adrenalin and raging hormones. James Bonds from a cartoon character, not a friendly force we look for help in moments of trouble. They have become aggressive beyond reason, their relationship with the community they serve is often based on fear and intimidation. And although there is still a lot of sympathy toward them – there is also a lot of fear. And fear is not the same as respect. And a very dangerous trend to (although being slowly curtailed by recent political decisions on provincial and city levels) shield them from any criminal responsibility. It is very rarely heard that justice is being served, when an officer has to face the judge in a court of law (which is in itself a much rarer event that one would think it should be). As a result, the policeman himself (it is mainly men, who seem to be pump with adrenalin) does not see himself as friend of the society. He views the citizen as a potential threat. In a way, he fears the citizen, too. That is a very dangerous and volatile relationship. It could destabilize the state politically. It is a direct threat to democracy and should be looked at very seriously.
The entire premise that a Police officer is given the extraordinary power to use force (even deadly one in extreme situations) against another citizen somehow got totally misconstrued as a carte blanche to use force. The right of use of force to be serving democratic society must be extremely scrutinized and every time it is used without a sound cause – should be punishable severely. And the determination should always be done by civilian oversight. Before it even goes to judge. And the use of deadly force is unthinkable without very few and very specific situations. Someone or officers life in clearly imminent danger. Otherwise we, a country that doesn’t even have a death penalty, allow for a murder to be committed in our name! The Police Force is here to uphold the law, not to make one. If we don’t follow that concept religiously – it all falls apart. A freedom is not possible to co-exist with tyranny.

So why is Ferguson burning? Is it really because there is a lot of hoodlums there, because one young life was tragically lost? No. It is burning because these two issues are in need to be repaired.

Posted in Cywilizacja, society, this & that (English) | Tagged , , , , | Leave a comment

Ratujmy polskie dzieci przed misiem Kubusiem Puchatkiem!

Zacni radni polskiego grodu Tuszyn ratują nasze maleństwa przed zepsuciem moralnym Kubusia Puchatka! Przy okazji wystawiając nas na międzynarodowe pośmiewisko.
Zbudowano, czy też ma się budować w tymże miasteczku jakiś rodzaj ogródka jordanowskiego dla dzieci. W tymże ogródku dla pociech ojcowie i matki grodu chca postawić jakąś statuę popularnego symbolu dziecięcych zabaw. Jedną z propozycji był bohater znanej powieści dla dzieci, Winnie the Pooh, w Polsce znany jako Kubuś Puchatek. Ale, jako że najwiekszym zagrożeniem polskich dzieci jest obecnie transgenderyzm, który podstępnie zamienia miliony polskich chłopców w dziewczynki – radni nie mogą pozwolić by miś nie miał portek na tyłku (lub na zadzie). No bo, jak ma się portki lub spódniczkę to wiadomo. Od lat najbardziej uznana metoda naukowa określania płci. Zakładać należy, że ani jedna z radnych Tuszyna nie odważa się spodni nosić? To by był dopiero moralny skandal! Lokalny ksiądz proboszcz winien to zbadać. Zaraz jak skończą dochodzenia wobec wikariusza, który ponoć zbyt wiele czasu z dziećmi spędza …
Innym problemem Puszatka jest fakt, że trudno zorientować się nawet bez spodni (czy spódniczki) czy jest chłopcem czy dziewczynką. Bo pani radna nie może się dopatrzec u niego fiutka. I pewnie jej to sen z oczu spędza. Niechże kto jej podpowie, że może sobie w prywatności własnego (bezwględnie bogobojnego!) domku na komputerze zajrzeć na różne weselsze witryny – tam się na fiutki może napatrzeć ile zechce. I od siebie tajemnicę językową pani radnej tuszyńskiej zdradzę: w języku polskim przy imionach/nazwach dość łatwo rodzaje odróżnić – gdyby misiaczek był dziewczynką, to by miał na imię Puszatka i Kubusia. Puszatek to chłopiec, Kubuś. Nawet jak nie widać gołym okiem fiutka i jajeczek.
Mam nadzieję, że nie postawią kaczora Donalda – tenże bezecnik też bez majtek często lata i też mu spod ogona nic nie dynda … Albo postawić rzeżby i Kubusia i Donalda. Bez majtek, za to z dorobionymi sporych wymiarów genitaliami. Aby dzieci nie miały wątpliwości. No i pani radna będzie miała przyjemność …

ulica w Warszawie - dowód, że Warszawa miastem zepsutym

Posted in blog Bogumiła (polski), society | Tagged , | 2 Comments

Teatr Polski zaprasza – jak tańczyć, to “Tango”!

Prawie dokładnie rok temu, w Nicei, zmarł Sławomir Mrożek. Dzisiaj już legenda polskiego dramatu drugiej połowy XX wieku. Ktokolwiek w teatrze w tym czasie w Polsce był więcej niż trzy razy, oglądał w telewizji ówczesnej kilka innych programów poza „Stawką większą niż życie” i „Czterema Pancernymi” (popularne seriale o okupacji niemieckiej w Polsce w latach 1939-45 posługujące się skrótami myślowymi i dość swobodnie rekonstruowaną historią, ale w dobrej obsadzie aktorskiej i z dobrymi scenami komediowymi, operujące łatwą i prostą popularną symboliką), kto czytał czasami nie tylko pierwsze i ostanie strony gazet – ten o Mrożku musiał słyszeć.
Mimo wieloletniej nieobecności fizycznej w kraju – był jednym z ważniejszych obywateli terytorium zwanego Kultura Polska. I Ministrem Pełnomocnym resortu Teatralnego w tymże Terytorium.
Te tytuły i nazwy, teraz przeze mnie mu tu nadane, wydają się pompatyczne, nadęte, trochę absurdalne, teatralne właśnie. A przez to bardzo adekwatne do treści jego dramatów. Wbrew obiegowym opiniom nie był satyrykiem ani reprezentantem teatru absurdu (Ionesco) – choć satyra, groteska i absurd sytuacyjny były jego forte bezapelacyjnie. Wielu krajowych, a w ślad za nimi zagranicznych teatrologów, uznało go spadkobiercą Witkacego. Zapewne. Dla mnie bliższy jest (zwłaszcza w twórczości teatralnej) Gombrowiczowi. Wszak „Tango” to jakby ciąg dalszy, współczesny, „Ferdydurke”. Tyle, że głębiej jeszcze. I z „kropką nad i”. To pokłady filozoficzno-etyczne sztuki Mrożka. Teatru trudnego, wywołującego zaniepokojenie i niepewność widza. Więc i ci, którzy „Tango” widzieli przed wielu laty i ci zwłaszcza, którzy tej sztuki nie znają – powinni na nią pójść. Trudno powiedzieć czy obali waszą opinię o systemie wartości, jaki wyznajecie. Ale na pewno postawi przed widzem trudne, niewygodne pytania. Warto się nad odpowiedzią zastanowić.
To nie jedyny walor (lub wada – zależy czego od teatru oczekujemy) sztuki Sławomira Mrożka. Jest jeszcze jeden, który uwadze polecam. Zwłaszcza, że macie bez wątpienia jeszcze w pamięci niedawne spotkania teatralne z zespołem Teatru Polskiego w Vancouverze właśnie z adaptacjami jednoaktówek Mrożka: „Rozbitkowie” i „Czarowna noc” (w listopadzie 2011). Otóż Mrożek był (przy całej nowoczesności, problemach egzystencjalnych i innych izmach) dramatopisarzem na wskroś tradycyjnym, tzn. uznawał prawa tradycyjnej sceny, pisał świetne dialogi, miał głębokie wyczucie komedii sytuacyjnej, parodii i podziału ról aktora i widza. Ironia, tragizm czy groteska ukryte są w pokładach treści, symbolice – nie w formie. A przez to odbiór sztuki nie jest mordęgą skomplikowanego wykładu filozofii współczesnej. To przyjemność teatralnej przygody. Mrożek może być po prostu kulturalna rozrywką. Można go po prostu oglądać bez lęku przed trudnymi pułapkami. Nie oszukujmy się – nie wszyscy i nie zawsze mamy ochotę na Kantora lub Grotowskiego, czy Ionesco właśnie. A Mrożek był pierwszej klasy rzemieślnikiem teatralnym, wiedział, jak to pisać aby było ciekawe i zajmujące. I z tej umiejętności Mrożka-rzemieślnika skorzystał Mrożek-twórca, który swe idee etyczne i egzystencjalne w tych świetnie napisanych sztukach ‘przemycił’.
Dlatego na Mrożka iść warto. Bez względu na przyczyny, które nami kierują i nasze zapotrzebowanie. Potrafi je zaspokoić w każdej sytuacji. To tak, jak obiad w wybornej paryskiej restauracji: możesz zamówić homara w delikatnym sosie z białego wina ze sklarowanym masłem lub zwykłego hamburgera – ale możesz być pewny, że bez względu na wybór, twoje danie będzie wyśmienite i będzie ci smakować.
28 listopada (piątak) i 29 listopada o godz. 7.30 wieczorem
oraz 30 listopada o 3 po południu
w Evergreen Cultural Centre, 1205 Pinetree Way w Coquitlam

Posted in blog Bogumiła (polski), reflection on culture, scena | Tagged , , | Leave a comment

Po wyborach miejskich

Ciekawa rzecz z tymi wyborami. Gdzie mieszka olbrzmymia wiekszość Kanadyjczyków? W miastach. Przeważnie dużych i średnich. Poza wydarzeniami wyjątkowymi (naturalny kataklizm, wojna, raz do roku podatki), z jaką formą rządów miaszkaniec Kanady styka się najczęściej i jakie przepisy, zarządzenia mają najwiekszy wpływ na jego codzienne życie? Rządy lokalne, miejskie i przepisy oraz gospodarka miejska. Nie są to zagadnienia życia i smierci, ale zwykłe, codzienne funkcje bez których byłoby trudno funkcjonować. Które nam codzienne życie ułatwiają lub czynią nieznośnym: gdzie, za ile i na jak długo możemy zaparkować; czy mamy możliwość stosunkowo łatwego poruszania się po mieście; jak gęsta jest zabudowa, character tej zabudowy (wieżowce, niskie domy apartamentowe, domy jednorodzinne?), kiedy wywożą śmieci i jakie są ograniczenia w ich ilości i rodzaju; ilośc parków, placów zabaw i innych terenów rekreacyjnych i ich użytkowość, estetyka; przestępczość i wiele innych, codziennych ułatwień lub utrudnień, które decydują o charakterze naszego życia. O tym wszystkim decydują rady miejskie i zarządy miast.
Jak wielu z nas głosuje w tych wyborach? Najmniej z pozostałych (które też cieszą się niską frekwencją), bo około co czwarty obywatel. W dodatku specyfiką czysto kanadyjska jest fakt, że te rady i mayorowie miast mają minimalny zakres faktycznej władzy. Prezydent Warszawy lub Londynu czy Paryża w porównaniu z mayorem Surrey, Vancouveru czy Ottawy to prawie udzielny książę. Głównie ze względu na konstytucyjny podział federacji kanadyjskiej i silne uprawnienia prowincji, które swych uprawnień na miasta przelać nie chcą. Więc typowy mayor jest takim po trochę żebrakiem, który(a) większość życia politycznego stoi z kapeluszem w ręku przed gabinetami różnych ministrów prowincjonalnych i federalnych. Głównie prowincjonalnych. Powinniśmy starać się to zmienić. I uświadomić polityków prowincjonalnych i federalnych, że chcemy na naszym podwórku mieć tej samodzielności nieco więcej. Na tym ostatecznie dobry model demokracji polega. Na władzy lokalnej, władzy, do której obywatel ma łatwy dostęp i dużo silniejszy wpływ niż na odległych władyków, gdzieś hen, daleko.
W Vancouverze Gregor Robertson został wybrany mayorem po raz trzeci z rzędu. Co sygnalizuje kontynuację jego planów na przyszłość dla tego pięknego miasta. Powiem szczerze, że przypomina mi stylem nieco Baraka Obamę: piękne oratorskie wizje, górnolotne słowa – ale trochę krucho w rezultatach, zwłaszcza tych, które zajmują się polityką socjalną miasta. Przede wszystkim sprawą mieszkaniową i brakiem mieszkań dostępnych dla przeciętnie zarabiającego i a już absolutnie poza możliwościami ludzi biednych. I stałym odkąd pamiętam problemem z bezdomnymi. Którzy w dalszym ciagu bezdomnymi pozostają.
W Surrey z zadowoleniem przyjąłem wiadomość o zwycięstwie Lindy Hepner, co zdecydowanie oznacza kontynuacje planów popularnej poprzedniczki, Diany Watts. Plany, które gruntownie zmieniają charkter tego błyskawicznie rozwijającego się miasta. Z olbrzymiej i brzydkiej wiochy, w nowoczesną metropolię. Z galeriami, teatrami (miejskimi, co niesamowite w Kanadzie!) i w końcu z planem transportu miejskiego, gdyż istniejący w ramach Translink jest zupełnie nie adekwatny. Pamietam, gdy przed laty brałem udział w specjalnym spotkaniu zorganizowanym przez nowego wówczas mayora, Dianę Watts z jednym pytaniem: jak wyobrażasz sobie Surrey za 20 lat. W długiej (i nie przeywanej, LOL!) prezentacji rozciągnęłem wizję starszego pana (to był jedyny pewny element tej wizji), który wychodzi z domu na krótki spacer do parku obok, potem idzie na przystanek tramwajowy i jedzie trochę dalej do biblioteki po nową ksiązkę, a potem do teatru miejskiego na ciekawą sztukę. W międyczasie siada w ulubionej kawiarni i czyta gazetę przyglądając się spacerującym chodnikiem ludziom. Ci, którzy Surrey sprzed kilku ledwie lat znali wiedzą, że takiej ulicy ani nawet dzielnicy w Surrey nie było. Wszystko to się już powoli zmienia. Pojawiły się lepsze parki, skwery, można już spacerować (z kawiarniami jeszcze krucho), nowe bilblioteki, coraz aktywniejsze Surrey Art Centre, nowa sala teatralna w sercu Whalley. A od 2018 mamy mieć początek kilku przewidzianych linii tramwajowych! A tramwaje uwielbiam. I brak mi ich strasznie. To najlepsze i najtańsze modus operandi transportu miejskiego. Stała rozbudowa skytrain jest kosmicznie droga i trudno sobie wyobrazić miasto pokiereszowane betonowymi wiaduktami. Natomiast tunele są tak ekonomicznie realne, jak budowa mostu z Vancouweru do Victorii. Od zero do minus zero.

miejski tramwaj lub kolejka (LRT) w Surrey w wizji grafika

Posted in Cywilizacja, blog Bogumiła (polski), society | Tagged , , , | Leave a comment