Nie taki diabeł straszny …

Zmiany. Bywają dobre, bywają złe. Ale zmiany są niezbędne, choć często boimy się ich, ukrywamy, udajemy, że nie następują, Dziś siedzę w małej kawiarence i słucham jakiegoś nieznanego zespołu jazzowego i słucham stare przeboje . Jak dziesiątki lat temu. Starszy facet w kapeluszu i krótkich spodniach śpiewa po francusku europejską odmianę tej czarnej, amerykańskiej muzyki z Południa. Mogło to by być czterdzieści lat temu, gdzieś w klubie na warszawskiej Starówce, mogłoby to być lat temu w Paryżu, gdzieś koło Halle lub na Montparnasse lub gdzieś koło Sorbony, mogło być w Montrealu dwadzieścia pięć lat temu. Jest dzisiaj, nad Pacyfikiem, w New Westminster. Nawet ci sami muzycy mogli tam być. Ostatecznie ci sami muzycy mogli tam być, bo (plus minus) w tym samym wieku, co ja. Ale jest tu i teraz. Tam być nie mogło, bo zmiany. Zmiany jak w Dziennikach Zofii Nałkowskiej. Jak w jej życiu. Jak w moim. I twoim. Zmiany są niezbędne. Wydaje mi się. A nawet jeśli nie są niezbędne—są nieuniknione. Życie. Ten drobiazg. Więc obserwując je, zauważając, powiadamy : C’est la Vie. Na tym polega, na ustawicznych zmianach.
Nie, niekoniecznie jest to temat filozoficznych refleksji, poetyckiej zabawy literackiej. To całkiem praktyczne spojrzenie na życie. Teraz właśnie słucham samby (zmiana zespołu w klubie). Ale tej samby autentycznej. Wyzbytej z artystycznych świecidełek, Samby zakurzonych, spoconych kawiarenek Południowej Ameryki. Gdzie po wielogodzinnej, beznadziejnie nisko płatnej pracy, spotykają się sąsiedzi. Na szklankę rumu, kufel piwa, na seks, na pocałunek. Wiedzą, że ich życia nic nie zmieni. Mimo to, przy tym rumie, w ramionach tej kobiety czy tego mężczyzny – marzą. O czym? O zmianie. Może …
Jazz, ballada, opowieść jest jak życie. Nie ma w tym zbyt wielkiej przesady. Po prostu się zdarza. Każdemu z nas. A potem przemija. Też każdemu z nas. Ale ile wspaniałych (lub strasznych) zmian w międzyczasie!
I w takiej, nietypowej może ale bardzo racjonalnej perspektywie trzeba widzieć ostatnie wybory prezydenckie w Polsce. Potrzeba zmiany. Dość naturalne. Nie wszystkie zmiany są korzystne bezpośrednio, od zaraz. Sa nawet takie, które nieco nas cofają. Wydaje mi się, że tak (w krótkiej perspektywie najbliższych czterech lat) stało się w Polsce. Większość stolic europejskich tak to też odczytało. Zwłaszcza tych stolic liczących się poważniej. Prezydenta Dudę widzą (lub obawiają się, że jest) jako rodzaj transformatora, który będzie emanował energią prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Czyli, jako ostry zwrot na prawo. A zważywszy, że prezydent Komorowski związany był też z partią prawicową (PO) – no, to już dalej za tym ‘zwrotem na prawo’ chyba tylko faszyzm. Wątpię aby to nam groziło, na szczęście. Nie żeby faszyzmu polskiego nie było, nawet na ławach sejmowych. Ale nie wyobrażam sobie sytuacji by kiedykolwiek Polacy dali faszystom szansę na jakiekolwiek rządy (choć w rządzie byli, za czasów premierostwa właśnie Jarosława Kaczyńskiego).
Wybory podkreśliły od lat już istniejący wyraźny podział Polski: zachód i północ bardziej centrowe; wschód i południe bardziej arcy-konserwatywne, wyznaniowe. Podobny rozdział istnieje w grupie poziomu wykształcenia (im wyższe tym niższe poparcie dla PiS-u i partii skrajnych) i podział między Polska wielkomiejską contra Polską wiejską i małomiasteczkową.
Ale jakkolwiek by tego nie analizować—fakt jest niezmienny: Polacy wybrali na prezydenta kraju reprezentanta PiS-u, Andrzeja Dudę. I jest to zmiana. Najwyraźniej potrzebna. Sugeruję, że w dłuższej perspektywie dla sił i środowisk postępowych, świeckich to zmiana pozytywna. Być może obudzi to kręgi na lewo od centrum do lepszej organizacji, do aktywności politycznej. Nic tak ludzi nie łączy, jak wspólny przeciwnik. Zwłaszcza nas, Polaków. Prezydent Duda też bez wątpienia nie jest jakimś opętanym Savonarolą. Zapewne prawa człowieka i obywatela nie będę czołówką jego prezydentury ale nie będą też nią stosy na Krakowskim Przedmieściu. Gorzej będzie, jeśli najbliższe wybory parlamentarne PiS też wygrał. Ale i wówczas ( choć szkody byłyby o wiele wyższe i kosztowniejsze) Polska ani nie padnie ani się nie zawali. Ostatecznie mieliśmy już dwuwładzę Lecha i Jarosława Kaczyńskich. I nikt na szubienicach nie zawisł. Więc nie taki diabeł straszny—zwłaszcza, że PiS od diabła lubi się odżegnywać i egzorcyzmy przeciw temuż organizować.
Więc może i ta zmiana będzie w konsekwencji nawozem na przebudzenie się z letargu i rozbicia prądów oświeceniowych na polskiej scenie politycznej. Czas już, oj czas najwyższy. Trzeba nam na nowo Kołłątajów, Stasziców i Bohomolców. Nie można stale pałętać się w ogonie postępowej Europy.

About Bogumil P-G

publisher, essayist, poet lived (and born) in Poland, later England, Italy, presently in Canada
This entry was posted in blog Bogumiła (polski), reflection on culture, society and tagged , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>