Co poza tym?

Jakieś 27 lat temu, mieszkając wówczas w Calgary,, wybrałem się drugi raz w życiu na Stampede – największe rodeo (określane też przez organizatorów, jako największy na świecie show na świeżym powietrzu) – bezwzględnie większego rodeo nie ma nigdzie. Z showem – już nie wiem. W końcu olimpiady i mundiale to na samym końcu też shows, widowiska, a nie tylko zawody. Niby i i Stampede (co w luźnym tłumaczeniu oznacza wybieg, spęd, galop dużego stada bydła, koni itd) to też zawody atletyczne o tytuły i nagrody pieniężne. I podobnie, jak na olimpiadach tylko niezbyt duża część uczestników i widzów festynu i jego atrakcji znajduje się w mniejsze grupie bezpośrednich kibiców zawodów.
Czy największy “open air show” więc nie wiem i nie ma to znaczenia. Faktem jest, że od dziesięcioleci (bodaj ponad 100 lat tradycji) rokrocznie w lipcu Calgary (a tu duże i bardzo nowoczesne miasto) zamienia się w wielkie ranczo urbanistyczne, a mieszkańcy udają kowbojów i kowdziewki (cowgrilr). Przed bankami i wieżowcami leżą snopy świeżego siana, wszyscy wyciągają z szaf obcisłe dżinsy, specyficzne kowbojskie chusteczki, buty z cholewami ( a dobre buty kowbojskie to dzieło sztuki i drogie prawie, jak dzieło sztuki), czasami nawet z ostrogami, kraciaste koszule i naturalnie stetsony – kowbojskie kapelusze z szerokim rondem. Kalgaryjskie stetsony są tradycyjnie z białego filcu. I trzeba przyznać, że na ogół tacy kowboje i kowdziewki (krowiarki) wyglądają w tym dość atrakcyjnie, zgrabnie i seksownie. Ostatecznie, jak kaznodzieja pojawiał się na farmie nie częściej niż raz na miesiąc-dwa a kowboje na odległych wypasach spędzali po dobrych kilka miesięcy, to dość bezpiecznie jest wyobrazić sobie, że te miesiące nie przepływały na wspólnych modlitwach. What happened on Brokenback Mountain, stays on Brokeback Mountain, cha, cha.

tzw. Grand Stand czyli tory wyścigowe Stampede


Wczoraj po wielu latach odwiedziłem te widowisko ponownie w gronie rodziny męża, de facto kalgaryjczyków. Myślałem, że trochę utraciło na popularności, trochę się zmniejszyło. Ostatecznie tego typu show to głównie atrakcja dla młodych ludzi już choćby z przyczyn fizycznej staminy łażenia godzinami w upale w niekończącym się tłumie ludzi, zgiełku, różnych maszyn do przerażania ludzi (trampoliny wielopiętrowe, karuzele, które z karuzelami mają dużo mniej wspólnego niż z maszynami ćwiczeń dla kosmonautów lub diabelskimi narzędziami tortur!). Tymczasem jeśli, jakąś zmianę zauważyłem – to większy jeszcze tłum, rozmiar i charakter imprezy. A młodych ludzi w obcisłych dżinsach nie brakowało. Wszystkich kolorów skóry!
Tradycja więc nie tylko nie zanika, a wręcz rośnie, wzbogaca się.
Jeżeli już dzielenie się ‘kowbojskimi’ wrażeniami to kilka słów o drodze przez amerykańskie pół-pustynne ‘interior’ – przez Okanogan, Omak, ku zbudowanej przez Roosvelta w 1937 olbrzymiej tamie Coulli. Te tereny przypominały mi bardzo droge przez Północną Dakotę blisko 30 lat temu. Brzydota, bieda. To najkrótsze i może najbardziej adekwatne określenie mijanych miejscowości.Mimo legalizacji marihuany (nota bene na razie droższa niż na czarnym rynku, cha cha – prawa konkurencji wolnego rynku!) narkotyki chemiczne (crystal, crak i tym podobne lub gorsze śmiercionośne używki) zdają sie być jedynym wartko płynącym rodzajem handlowego byznesu. I naturalnie przeraźliwie i uniwersalnie roztyci młodzi ludzie używający niesamowitych ilości soft drinks dla siebie i swoich biednych małych dzieci. Ze smutną ironią można powiedzieć, że przy tych ‘normalnych’ mieszkańcach, szczupli nałogowcy heroiny wyglądają zgrabnie!
Dopiero odwiedziny bardzo sympatycznego Spokane z niezwykle tolerancyjną atmosferą mieszkańców tego grodu przywraca trochę wiary w to, co dobre w Ameryce. A tego jest tez sporo. Głównie jednak w dużych centrach urbanistycznych lub akademickich.

tama Grand Coulli z 1937


W międzyczasie tych moich letnich peregrynacji wiele rzeczy w świecie ogólnie i polonijnie sie zdarzyło. Kolejna wściekła agresja izraelskiego hitlerka Netanyahu na Palestyńczyków, z masakrowaniem ludności cywilnej. I kolejne okrzyki izraelskiego lobby (z kanadyjskim premierem Harperem i jego propagandową tubą, ministrem Baird’em w samym czele tego lobby), że to odwet za rakiety palestyńskie na Izrael. Rakiety – to niezwykle istotne – które z Gazy wystrzelono, jako reakcje na kolejne ataki Izraela. Wynik ofiar domowej produkcji kuchennej rakiet plasstyńskich – jedna ofiara śmietelna. Efekt bombardowań artyleryjskich i lotniczych wojsk izraelskich – dwieście zabitych i setki rannych. Zastanawiam się nawet czy trójka tych żydowskich dzieci (oryginalna przyczyna kolejnego wybuchu palestyńsko-izraelskich agresji) nie była efektem perfidnie przygotowanej prowokacji izraelskich sił bezpieczeństwa. Niestety, podejrzenie takie nie jest całkowicie pozbawione sensu. Tego uczy historia ostatnich 50 lat.
Na arenie ‘międzynarodowo-polonijnej” (brzmi śmiesznie pompatycznie, prawdaż?), ktoś przyslał mi list (pan K. Brusiło, który autorem zawartych w liście rewelacji nie jest, ale łaskawie dzieli się opiniami pana Andrew Kopczyńskiego) o szykującej się III wojnie światowej. Tym razem za sprawą faszystowskiej Ukrainy, która napada na ziemie rosyjskie bombardując nadgraniczne tereny rosyjskie i zamiaszkałą tam ludność. Wszystko po to, by obecny prezydent Ukrainy mógł sprzedawać na całym świecie swoje cukierki i czekoladki (obecny prezydent jest faktycznie potentatem branży cukierniczej na Ukrainie). Początkowo myślałem, że to satyryczny list-żart. Nie pierwszy raz pomyliłem się odczytując teksty polonijnych eseistów i reflekcjonistów. Myślę, że trzeba by pewnie biednego Putina jakoś podbudować dla ratowania Mateczki-Rassiji. Może by tak zaproponować, że darujemy sobie już Kijów na którego Złotych Bramach kruszył miecz Chrobry i ofiarujemy go braciom z Moskwy, a my po prostu zadowolimy się Lwowem, no i może Stanisławowem i Zytomierzem. No, trzeba przeciez świat przed III wojną ratować …
Teraz z innej beczki madrości polonijnych – Zarząd Główny Kongresu Polonii Kanadyjskiej w Kanadzie (ten sam, który palcem nie tknął w sprawie absurdalnych propozycji zmian placówek konsularnych w Kanadzie zasłaniając się niemożliwością wtrącania się w sprawy wewnętrzne MSZ-u polskiego – nota bene już załatwione bez pomocy KG KPK, dziękujemy za nic) wysyła publiczny list do pana Prezydenta Rzeczypospolitej z oburzeniem za nadanie wysokiego orderu RP redaktorowi naczelnemu Gazety Polskiej w Toronto. Bo pan redaktor kiedyś się był Zarządowi naraził. Za co z powództwa cywilnego był oskarzony i sprawe przegral. Nie znam szczegółów ani powodztwa, ani samej sprawy. Wiem natomiast, że z sprawy z powództwa cywilnego łatwo przegrać, zwłaszcza przy braku kieszeni bez dna. Nie mając zbyt wysokiej opinii o prasie polonijnej chyle zawsze czoła tym redaktorom, którzy o swoją niezależność dbają. Jedna ze spraw, o której w liście Zarząd Główny pisze dotyczyła między innymi wysoce nielegalnej sprawy otworzenia przez torontoński polonijny Credit Union przy parafii św. Stanisława banku w Polsce. Wedle bardzo ściśle przestrzeganych ustaw o instytucjach finansowych była to rzecz całokowicie nielegalna i gdy zainteresowały się nią władze ontaryjskie – parafia i zarząd Credit Union bank w Polsce sprzedały. Pisał o tym właśnie dość szeroko ów redaktor ‘Gazety’, bez wątpliwości nie zyskując sobie sympatii w kregach decydentów polonijnych w Toronto. Ale bez wątpienia wypełniając zasadnicze obowiązki dziennikarskie, tj. ujawniając społeczności, ktorej służy ważne kulisy spraw istotnych. Na czym polegał konflikt personalny między owym redaktorem a ówczesną Egzekutywą Zarządu Kongresu – nie wiem. I mało mnie to interesuje. Pamiętam jednak, że same kolejne zarządy i egzekutywy Kongresu sądziły się po sądach cywilnych i sądach opinii publicznej obrzucając się wzajem błotem. A pewnie nie jedna z tych osób nosi w klapkach jakieś ordery i medale Rzeczypospolitej. Gdyby wszystkie ordery, które za pomocą konsulatów i ambasady RP w Polonii rozdano w ostatnich 25 latach skontrolowano i odebrano te, ktore faktycznie nie były zasłużone i nie nadane godnym osobom – pustawo by się zrobiło w szeregach odznaczonych w Polonii. Nie tylko w Toronto.
A poza tym? Poza tym upały, gorąco. Siedzę wlaśnie w ogrodzie kuzynki w Kelownie. Dochodzi dwunasta w nocy i dopiero można spokojnie oddychać i trochę na komputerze popracować. Za dnia w cieniu (sic!) przekraczało 42 stopnie Celsjusza. Co z tego, że mozna pojechać nad jezioro, kiedy od parkingu do wody trzeba przejść. A ukrop lejący się z nieba czyni najmniejszy wysiłek praca nieznośną. Ot i tak – człowiekowi panie boże nie dogodzisz. Zimą – za zimno; latem – za gorąco. Nie dasz medalu – obrażają się żeś niedocenił; dasz – obrażaja się jeszcze bardziej.

About Bogumil P-G

publisher, essayist, poet lived (and born) in Poland, later England, Italy, presently in Canada
This entry was posted in Cywilizacja, blog Bogumiła (polski), society and tagged , , , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>