Myśli różne

Mikołaj Trąba, pierwszy Prymas Polski

W jednym z poprzednich wpisów na tym blogu wspominałem postać ks. Józefa kardynała Glempa. Podczas solennych uroczystości pogrzebowych w Warszawie, w obecności licznych kardynałów z wielu krajów europejskich i wysokich hierarchów Kościoła Katolickiego i innych Kościołów chrześcijańskich oraz wyznań pożegnano Józefa Glempa i złożono jego ciało w krypcie Archikatedry Warszawskiej, tuż obok szczątków Prymasa Hlonda. Homiliant, Prymas Kowalczyk nazwał go „ostatnim z Wielkich Prymasów”. Myślę, że było to określenie zbyt może łaskawe. Od czasów utraty niepodległości dwóch było chyba tylko Prymasów, którzy prawdziwie na to miano zasługiwali: August Hlond i Stefan Wyszyński. Hlond, bo aktywnie odbudowywał zręby częściowo zniszczonego Kościoła polskiego i aktywnie uczestniczył w formowaniu się nowej polskiej państwowości i charakteru społeczeństwa, miał też olbrzymie zasługi w zorganizowaniu polskiej i narodowościowej opieki nad Polonią. Powołał, za zgoda papieża, trzech duchownych (w tym mojego wuja, księdza profesora Józefa Grzelczaka) do założenia Zgromadzenia Chrystusowego, którego głównym zadaniem było kształcenie kadr duchownych do opieki na emigrantami polskimi w całym świecie. Potem tych księży spotykałem w większości skupisk parafialnych od Alberty po Ontario. Był też ostatnim chyba Prymasem Polski, którego osobę bardzo poważnie rozpatrywał Prezydent Mościcki na przekazanie mu władzy prezydenckiej, a następnie (po podjęciu innej decyzji) zaproponowano mu funkcje Premiera Rządu Polskiego. Działo to się oczywiście na terenie Rumunii, po opuszczeniu przez rząd i Prezydenta terenów Rzeczypospolitej.
Stefan Wyszyński zaś – no cóż, ten, który okupantowi sowieckiemu w najgorszym okresie stalinizmu powiedział: stop, dalej nie można. Więcej o tej legendarnej dziś już postaci mówić chyba nie trzeba.
Niektórzy może chcieli by tu dodać Aleksandra Kakowskiego, arcybiskupa warszawskiego w latach 1913-1938. Tyle, że takie określenia nie ma racji bytu. Bo Kakowski nie był nigdy Prymasem Polski. W latach 1925-1938 (rok śmierci kardynała Kakowskiego) nadano mu honorowy tytuł ‘Prymasa Królestwa Polskiego’, co było po fakcie dziwnym i urągającym dla Polaków tytułem nieistniejącego Królestwa Kongresowego pod panowaniem nieżyjącego od blisko dziesięciu lat cara. Kakowski był zresztą pompatycznym hierarchą kościelnym dość ulegliwym wobec władzy imperatorskiej. Czego dowody łatwo znaleźć w latach jego rektoratu w petersburskiej Akademii Teologicznej, diabelskiego wymysłu jeszcze z czasów carycy Katarzyny. Kardynał Kakowski był naturalnie członkiem krótkotrwałego tworu politycznego, Rady Regencyjnej w 1918, co pewnie bardzo jego próżności odpowiadało.
Prymasem Polski, który niepodległość w 1918 na tej funkcji witał, był arcybiskup Gniezna i metropolita poznański, kardynał Edmund Dalbor.
Jako ciekawostkę warto wspomnieć bezpośrednich poprzedników kardynała Dalbora, jako Prymasów Polski: zacznijmy od Prymasa Polski Juliusza Dindera, pierwszego i (do tej pory) ostatniego prymasa, który był Niemcem i który (we współpracy z Bismarckiem) usunął język polski z nauczania religii i wprowadził do kapituł gnieźnieńskiej i poznańskiej szereg duchownych niemieckiej narodowości. Jednocześnie, co warto dodać, do godności biskupiej podniósł kilku ważnych polskich duchownych, starał się więc pewien balans utrzymać. Inną ciekawostką i faktem interesującym jest to, że właśnie prymas Dinder zapoczątkował karierę kościelną ks. Edwarda Likowskiego. Likowskiego warto wspomnieć, bo był Prymasem Polski w latach 1914-1915. Ale co warte podkreślenia, był prymasem, któremu sprawy polskie były co najmniej równie ważne, jak sprawy kościelne. Bismarck, w czasie antypolskiej kampanii Kulturkampfu, uwięził go nawet na kilka miesięcy. Był jedynym współczesnym prymasem, który nie mógł oficjalnie używać tytułu kardynalskiego, ze względu na brak zgody rządu Rzeszy Niemieckiej. Przeciwieństwem prymasa Likowskiego, był jego poprzednik, arcybiskup Florian Stablewski (ten nie musiał ukrywać tytułu kardynalskiego, bo go nie miał). Mimo że Polak, wszak kontynuował po trosze politykę prymasa-Niemca, Dindera. Między innymi był przeciwnikiem jakiejkolwiek polonizacji Górnoślązaków.
Myślę, że obecny Prymas Polski określając Glempa mianem „ostatni z wielkich’ miał raczej na myśli zakres władzy kanonicznej prymasa. Gdzieś około roku 1570 prymasi Polski mieli tytuł interrexa, tj. sprawującego władzę królewską w czasie bezkrólewia oraz Marszałka Senatu Rzeczypospolitej. Naturalnie, z momentem upadku Rzeczypospolitej Obojga Narodów i faktem, że odrodzone państwo polskie zostało republiką, tytuły te przestały istnieć. Wszyscy z nas jednak pamiętają (no, może ci nieco starsi), że często określano tak prymasa Stefana Wyszyńskiego. Był to jednak tylko zwrot czysto symboliczny i nieoficjalny (a jednocześnie wyraźnie antykomunistyczny) jakim Polacy sami nazywali swego Prymasa Tysiąclecia (inny nadany mu przydomek). Faktem jest jednak, że od 1918 wszyscy prymasi byli automatycznie, ex officio Przewodniczącymi Konferencji Episkopatu Polskiego oraz legatami papieskimi. Reformy zapoczątkowane przez Jana Pawła II i zakończone przez Benedykta XVI odebrały te autentyczne polityczne (legat papieski) i kanoniczne (rządzenie danym Kościołem narodowym) uprawnienia Prymasów Polski. Ostatnim, który je posiadał był właśnie kardynał Józef Glemp. Był też pierwszym, którego objęły reformy emerytalne Kościoła katolickiego. Umierał; już nie jako Prymas Polski, ale Prymas Senior. No cóż, tradycjonaliści upierają się, że Kościół się nie zmienia i nie ulega unowocześnieniu, racjonalizacji. A zmieniał się i zmienia bezustannie. Tyle, że wolniej.
Tyle o ostatnich Prymasach Polski.
Kardynałowi Glempowi przydomek ‘Wielki’ ani pasuje ani jest potrzebny. Był prymasem zacnym. I za to mu warto podziękować. Stąd, gdy Kongres Polonii Kanadyjskiej za pośrednictwem prezesa Brusiłły przesłał mi informacje o uroczystościach pożegnania Prymasa w Mississauga pod Toronto, nieco mnie to zaskoczyło. Wszak trudno spodziewać się z Kolumbii Brytyjskiej jechać na mszę aż do Ontario. Spytałem, czy coś nie powinno być przygotowane w Vancouverze (sugerując katedrę). Pan prezes Okręgu Kazimierz Brusiło sprawnie i szybko odpowiedział, że po konsultacji z proboszczem, zdecydowano, że msza odpowiednia odbędzie się w kościele św. Kazimierza w Vancouverze 16 lutego o 17.30. Dobre i to, bo by było niewłaściwe by Księcia Kościoła Rzymskiego nie pożegnać tutaj. Zwłaszcza Polakom. Miejmy nadzieję, że reprezentacja arcybiskupa i duchowieństwa diecezjalnego też jakaś będzie. Jak już zaznaczyłem, ostatecznie msza w intencji Księcia Kościoła. W Warszawie w Archikatedrze byli przedstawiciele państw i Kościołów różnych krajów europejskich, może warto do sąsiedzkich konsulatów się zwrócić z zaproszeniem do udziału we mszy u św. Kazimierza? Wszak Vancouver, to nie Edmonton, konsulatów i misji dyplomatycznych tu nie brakuje …

About Bogumil P-G

publisher, essayist, poet lived (and born) in Poland, later England, Italy, presently in Canada
This entry was posted in blog Bogumiła (polski), society and tagged , , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>