Marek Czuma – człowiek, którego warto poznać

W listopadzie 2011 wybrałem się na Granville Island, do przybytków vankouverskiego „off Broadway theatre row”. Nie pierwszy raz zresztą polska scena i polski teatr tam przebywał. Bo i wcześniej Omar Sangare z własnym monodramem, potem Teatr z Kielc z pasjonującą sztuką Koltesa. Tym razem jednak był to teatr polski rodzimy, tu poczęty i tu tworzący. Mówię oczywiście o Teatrze Popularnym, dziś znanym pod nowa nazwą, jako Teatr Polski. Wystawiali dwie jednoaktówki mistrza Mrożka. Z pewną rezerwą na to szedłem, bo z jednej strony radość, że do współczesnej dramaturgii polskiej w końcu sięgnięto – z drugiej trochę lęk czy temu podołają. Wielu z nas wszak Mrożka oglądało w najlepszych krajowych (i nie tylko) obsadach. Wszak jego „Emigranci” to dziś już nie kwestionowana klasyka polskiej dramaturgii. Co mnie bardziej intrygowało (i niepokoiło, przyznaję) to reżyser spektaklu: Marek Czuma.
Kto zacz, jak zaś? Wkrótce po nagłym rozłamie z założycielem Teatru Popularnego, Jerzym Kopczewskim. Owszem, pani Julia Wernio w międzyczasie i zapowiedź jej kolejnych wizyt i prac teatralnych. Ale to tu i teraz. To na co dzień, jawiące się pytaniem: co w międzyczasie? I co dalej? Czy Marek Czuma, nieznany mi do tej pory, częścią tej odpowiedzi być może?
Pisałem już o moich wrażeniach z Mrożka na scenach Waterfront Theater. Dosyć, że przypomnę iż bardzo były pozytywne. Więc ten Czuma potrafi, pomyślałem. Nie przesadził, nie przerysował, nie udziwnił współczesność uwspółcześniając. A jednocześnie sprytnie akcję sceniczną dostosował do warunków dramatycznych aktorów. Co jest niezbyt częstym ukłonem reżysera-tyrana-bożka.

Marek Czuma w rozmowie z autorem blogu

Pojechałem po dwóch dniach ponownie i tym razem po spektaklu udałem się do pobliskiej kawiarenki na dłuższą z Markiem Czumą rozmowę. Rzadko dziś spotyka się tego typu ludzi. Mimo wieku zdradzającego bliżej moją generację niż moich rodziców – ten typ, to pewna charakterystyczna cecha elegancji epoki przeszłej. Nic prawie o sobie, trochę z ‘angielską flegmą” (wczesne dzieciństwo w Anglii wsiąkło w duszę polską może?), skromna grzeczność ale bez sztuczności formalnej. Jedyne ‘błyski w oku’, gdy o teatrze per se mówiliśmy. O sednie i duchu dramatu, który ze słowa fikcji literackiej na kartce papieru, przemienia się magicznie w żywy dramat na scenie teatralnej. Poznałem go więc, jako człowieka teatru.
Mówiliśmy trochę o korzeniach jego polskości, o dzieciństwie najpierw w Anglii, potem w Kanadzie i jego młodości w Ontario. O pierwszych kontaktach ze specyfiką środowiska polonijnego. O późniejszej karierze zawodowej w teatrze i filmie kanadyjskim. Wspomnieliśmy siłą rzeczy (ominięcie tego tematu wówczas, w stosunkowo krótkim czasie po rozłamie w Teatrze Popularnym, byłoby równoznaczne z udawaniem niezauważania słonia w składzie porcelany) o niedawnych problemach personalnych i formalnych w zespole Teatru Popularnego. I znowu, co mnie uderzyło, to była jego rzeczowość i niechęć do zbędnego rozwijania tego tematu. Historia, przeszłość. To było wczoraj, a dziś jest coś innego. Zespołu i pracy artystycznej nie buduje się na waśniach dnia wczorajszego.
Sam zaczynając przed wielu laty karierę aktorską, był de facto … amatorem. Stąd może dla aktorów o podobnej ‘biografii artystycznej’ ma specyficzne i pełne szacunku podejście.
Potem, już bez pomocy pana Marka, własnym sumptem wyciągnąłem z rożnych miejsc inne ciekawostki. Choćby bardzo zacne korzenie rodzinne: ojciec Marka Czumy, późniejszy rzeźbiarz Jerzy Czuma, był oficerem w wojnie obronnej 1939 i został wzięty do niewoli po kapitulacji Warszawy. W Warszawie służył pod rozkazami swojego stryja (czyli stryjecznego dziada pana Marka), Dowódcy obrony Warszawy, generała Waleriana Czumy. Wszyscy bracia ojca pana Marka (trzech) byli wybitnymi działaczami opozycyjnymi w Polsce za czasów PRL-u (dwóch przepłaciło to wyrokami więziennymi), najmłodszy z nich był w pierwszym rządzie Donalda Tuska ministrem sprawiedliwości.
Coś widać z tych rodzinnych tradycji służbie ojczyźnie znalazło się i u Marka Czumy. Robić coś dobrego i mądrego służąc jakiejś ważnej sprawie (dla dobra społeczeństwa, dla dobra kraju), a jednocześnie robić to spełniając własną pasję – to łut losu (lub wybór świadomy w tym chyba wypadku) nader szczęśliwy.
Warto tego człowieka poznać. Stąd tym, którzy zbyt ważnych jutro planów nie mają, bardzo serdecznie spotkanie z Markiem Czumą (organizowane przez grupę Epizod) polecam.
Czwartek, 31 stycznia, 2013, o godz. 19.30 w sali SPK przy ul. Kingsway w Vancouverze.

About Bogumil P-G

publisher, essayist, poet lived (and born) in Poland, later England, Italy, presently in Canada
This entry was posted in blog Bogumiła (polski), reflection on culture, scena. Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>