… amaranty zapięte pod szyją

ach, Boże mój, jak ci polscy ułani się biją … . Somosierry, Olszynki Grochowskie, Grunwaldy, Monte Cassina, Cedyny. Dużo tego było. I na ziemiach polskich, i daleko poza jej granicami. Jedne mądrze przemyślane, niezbędne dla bytu państwa i narodu. Inne bezmyślne, tragiczne w skutkach i tanio przelanej krwi. która bradziej służyła obcym niż nam samym. Ale wszędzie gorąca wiara i przekonanie, tych, co własną pierś nadstawiali, że Polsce służą.
11 listopad 1918. pod Compiegne we Francji nastąpiła kapitulacja Niemiec i de facto koniec I wojny światowej. Tego samego dnia rano, wjedża na Dworzec Główny w Warszawie specjalny wagon z wracającym z internowanie w twierdzy magdeburskiej brygadierem Józefem Piłsudskim. Legenderany przywódca Legionów. Urzędująca w Warszawie Rada Regencyjna składa na jego ręce swoją władzę, bardzo zresztą nominalną. Co ważniejsze jednak, to fakt natychmiastowego podporządkowania się Piłsudskiemu oddziałów i organizacji POW. Rodzi się nowa, niepodległa Polska. Tym razem republikańska, bez monarchy.
Jednym z pierwszych aktów prawnych Naczelnika Państwa (czyli funkcji zbliżonej do Dyktatota Państwa, na wzór właśnie Romualda Traugutta, przywódcy Powstania Styczniowego) był hołd i nadanie pełnych praw kombatanckich weteranom ostatniego Powstania narodowego. Wiązało się to z głębokim przekonaniem Naczelnika, żepamięć o żołnierzach walczących za Naród i Państwo, to jeden z cementów, zwierników jedności narodowo-państwowej. To coś, to tworzy tą nierokreśloną, ale niezbędną świadomość narodowo-państwową. Bez etnicznych skaz i urazów. Rodząca się Polska była Polską kulturowo dużo bardziej niż etnicznie. I to dla przetrwania tego państwa, które było wszak spadkobiercą wieloetnicznej Rzeczypospolitej było niezbędne. Było, używając ulubionego słowa Marszałka – impoderabilium polskości.

Marszałek nadaje Oedery Virtuti Militari weteranom Powstania Styczniowego (Warszawa, 1921)


W 1989 organizowałem z ramienia Kongresu Polonii Kanadyjskie w Calgary obchody 50.lecia wybuchu II wojny światowej. Wieńce pod Cenotaphem składali kombatanci polscy z Pocztem Sztandarowym prowadzonym przez prezesa koła SPK, Mayor Miasta, generał Armii kanadyjskiej (dowódca Garnizonu Calgary), Prezes KPK o/Alberta, Prezesi innych organizacji polskich w Calgary. Ale czołowe, przed wszystkimi innymi, miejsce mieli właśnie kombatanci SPK. Ci, którzy w tej wojnie 39 brali udział. Ci, którzy munduru nie zdjęli do 1945, na wszystkich frontach tej wojny. A było ich jeszcze kilku (w 1989 kombatanci stanowili bardzo jeszcze prężną i liczną grupę. Bardzo nielicznie już jednak byli żołnierzami Września): Tadeusz Kamiński, spadochroniarz od Sosabowskiego, Czesław Mędrek, łącznik i radiowiec spod Modlina, Józef Zeigner, piechociaż u generała Bortnowskiego, potem Kurzeby, i inni, których znałem, a dziś nazwiska mi już uleciały z pamięci. Na uroczystym bankiecie głównym gościem honorowym był ostatni z żyjących wówczas w Calgary żołnierz wojny polsko-bolszewickiej. Rok wcześniej, w Londynie, reprezentowałem Polonie kanadyjską na obchodach (11 listopda, oczywiście) 70-lecia Niepodległości. Z ówczesnym Prezydentem RP Kazimierzem Sabbatem i Prezesem Światowej Federacji SPK Stefanem Soboniewskim rozmawialiśmy wówczas o tym wyjątkowym, symbolicznym znaczeniu organizacji kombatanckich dla utrzymania jedności emigracyjnej, o ich przywiązaniu do Skarbu Narodowego, a więc niezłomności ideii niepodległościowej i wierności legalnym władzom RP. Dumny jestem z posiadania własnej legitymacji Skarbu Narodowego, z bycia podatnikiem Rządu Wolnej i Niepodłej. Z tego, że z własnych obserwacji, decyzji życiowych i z silnego przekazu rodzinnego ten szacunek i uznanie dla poprzednich pokoleń kombatanckich mam silnie zakorzenione. Bo pamięć jest faktycznie kamieniem fundamentu jedności narodowo-państwowej. I mądrze (a zwięźle i krótko, co też dużym plusem było) wspomniał o tym wczoraj na akademii w Vancouverze Konsul Generalny tej nowej, Wolnej i Niepodległej Rzeczypospolitej, pan Krzysztof Czapla.
Czego mi zabrakłó, to właśnie krzeseł pełnych pań i panów w chrakterystycznych blezerach kombatanckich. Tak, jak w latach 80. coraz mniej spotkać można było kombatantów I wojny i Legionistów, tak dziś coraz rzadsze są szeregi żołnierzy i partyzantów II wojny. Stąd tak ważne jest byśmy ich w sposób wyjątkowy honorowali. Wszyscy winni być na samym froncie sali Domu Kombatanta (o nazwie tego Domu za chwilę), przy specjalnym stole. Nie prezesi organizacji, panie i panowie działacze i działaczki. Nie, ten dzień jest dniem podziekowania za wolną i nieodległą tym, którzy tej sprawie w tamtych, decydujących latach służyli. Tak, jak my winniśmy dziś im służyć. Cała symbolika 11 listopada na tym się zasadza. Nie ma jednego dnia jakiejś magicznje daty, kiedy Polska powstała. Ani w 1918, ani w 966. Były to długie procesy. Nie było jednej bitwy, jednej proklamacji, które mówiły – od teraz jest Polska. W 966 nastąpił chrzest państwa Mieszka I, a nie powstanie tego państwa. Księstwa, które już istniało z wojskiem, administracją, jako-takimi (jak na ówczesne czasy było to możliwe) granicami. Jest to więc data jedynie symboliczna. Podobnie powrót Piłsudskiego z Magdeburga nie był dniem nagle zabłysłej niepodległości. Było to uwieńczenie wieloletniego procesu. Lokalnego na ziemiach polskich (Brygada Kadrowa i akcje Peowiaków) oraz międzynarodowego z Komitetem Narodowym we Francji, walkami różnych formacji polskich na wielu frontach całej Europy (głęboka Rosja, front południowy nad Adriatykiem). Tak jak 966, tak 11 listopada 1918, były więc sybolami tych procesów, a nie jednorazowymi aktami. A że ta data nierozelwalnie związana jest z osobą Józefa Piłsudskiego, decyduje to o jej właśnie kombatanckim charakterze. Bo Piłsudski, to legenda Legionów, to legenda walki zbrojnej. To oddziały wiarusów z biało-czerwona kokardką i lampasami i szablą i karabinem w dłoni. Więc tych ludzi my musimy uszanować wyjątkowo i godnie. Tego nakazuje przywiązanie do tradycji i mądre spojrzenie w przyszłość. Wszystkie inne organizacyjne ważności schodzą na bok wobec tego imponderabilium.

Polonez z seniorkami SPK

Stąd wielkim dla mnie zaskoczeniem było słuchanie po angielsku słowa wstępnego, w którym ani razu nie padła nazwa ‘Polish Combatants Association’. Padło natomiast określenie ‘Polish Veterans Association’. Zdumiało mnie to, bo Kombatanci to właśnie to: Combatants. I taka jest jedyna, zarejestrowana nazwa po angielsku: Polish Combatants Association. Taka jest nazwa całej, wielkiej światowej federacji tych kół, i taka nazwa kanadyjskiego zarządu głównego w Toronto. “Polish Veterans Association” istnieje od bardzo dawna w Stanach Zjednoczonych. To była organizacja założona po 1 właśnie wojnie. Nie mająca nic wspólnego z powstałym już we Włoszech Stowarzyszeniem Kombatantów. Pierwsi żołnierze, już członkowie organizacji kombatanckiej przybyli do Kanady właśnie 11 listopada 1946! W rozmowie z Prezesem SPK w Vancouverze dowiedziałem się, że to nie pomyłka. Że owsze, Dom i organizacja są zaresjestrowane własnie, jako Polish Veterans Association. Teraz już nie rozumię; czy mamy w Vancouver oficjalny oddział Stowarzyszenia Polskich Kombatantów? Czy są gospodarzami, czy gośćmi tzw. Domu Kombatanta (czy też jest to Dom Weterana?). Kto jest i której organizacji Prezem, Zarządem? Czy koło SPK czy też Stowarzyszenie Polskich Weteranów w Vancouverze jest członkiem Kongresu Polonii Kanadyjskiej?
Ja wiem, to tylko nazwa. Weterani, kombatanci – co za różnica? Ano jest. Dla tej różnicy nazwy właśnie pokolenia całe szły w okopy, na szańce. Ktoś może mi to więc wytłumaczy na podstawie istniejących dokumentów, zapisów, statutów? Wdzięczny będę.
Ot, choćby by wiedzieć czy pan poseł Parlamentu (nie legislatury) na sali Domu Kombatanta (Weterana?) dyplom pamiątkowy wręczał SPK czy Polish Veterans Association?

Prezes Tow. Zgoda i Prezes o/BC Kongresu P-K z dyplomem od posła Parlamentu Kanady


Pytania te nie powinne, mimo ich wagi, odwracać uwagi od wdzięczności za sam fakt organizowania tych obchodów Dnia Niepodległości. Bo, jak trafnie w wierszu Mariana Hemara zauważył aktor Teatru Polskiego, pan Ryszard Kopplinger: byśmy się Ją (Niepodległą) nauczyli świętować na codzień.

About Bogumil P-G

publisher, essayist, poet lived (and born) in Poland, later England, Italy, presently in Canada
This entry was posted in blog Bogumiła (polski), society and tagged , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>