Epilog nowojorskiej przygody


Otóż i dobiegła końca moja przygoda-spotkanie z Nowym Jorkiem. Z Nowym Światem, który okazał się bardzo Starym Światem. Bardzo europejskim. W wykrzywionym zwierciadle, z przerysowaniami grubą kreską na skalę cyrkową, na modłę jakiegoś kosmicznego odpustu. Ale zdecydowanie europejskiej, okcydentalnej proweniencji. Nowy Jork najpierw zaurocza, fascynuje. Potem nuży, irytuje. A po prostu jest inny. I da się lubić. Nawet zachwycać.
Oczywiście natychmiast muszę dodać, że pisząc ‘Nowy Jork’ mówię bez przerwy de facto jedynie o Manhattanie. Nie ma tu ani Bronxu, ani Queens ani Brooklynu i Jersey. I chyba inaczej nie można. Manhattan to esencja Nowego Jorku, jego serce i dusza. Czy jest to kwintesencja Ameryki? Nie wiem. W każdym razie nie tej, jaką ja znam. Jest często jej symbolem, marzeniem, przekleństwem. Ale wątpię aby esencją, rdzeniem.
Natomiast jest esencją ‘amerykańskiego marzenia’ (the American Dream). Marzenia, jak wiemy, niezbyt często są realne i zgodne z rzeczywistością.
Dystrykt Finansowy zimny, onieśmielający. Jakieś upiorne wykrzywienie ‘szklanych domów’ żeromszczyzny. Choć i tam urocze miejsca, jak choćby maleńki kościółek prezbiteriański, tuż u granic fundamentów World Trade Centre.

Dzwon ofiarowany przez Londyn dla upamiętnienia zniszczenia War Trade Towers

Gdy te olbrzymy waliły się z łoskotem, niszcząc swą bezwładną masą wszystko wokół – ten maleńki kościółek ostał się razem z historycznym cmentarzykiem pierwszych obywateli Nowego Jorku. Tu przyszedł na modlitwę i błogosławieństwo Jerzy Waszyngton zaraz po zaprzysiężeniu na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Tutaj odpoczywali na przyniesionych pryczach strażacy znużeni walką z piekłem pożarów wież World Trade Centre. Istotnie, sprawia wrażenie i uczucie oazy spokoju, bezpieczeństwa swoją intymnością i ciepłem, przycupnięty niczym ptasie gniazdko, wśród kolosów stali i szkła przytłaczających go ze wszystkich stron.
Greenwich Village – tutaj nawet mógłbym chyba mieszkać. Idealna mieszanina wielkomiejskości doby lat 40. i 50. ub. wieku z uroczymi zakątkami z końca XIX i początków XX wieku. Małe skwery, kościółki, wąskie uliczki o zabudowie na skalę człowieka a nie plemienia olbrzymów, jak nieco wyżej, w centrum. Po Greenwich chodziłem w dniu sztormu śnieżnego. Obsypany i oblepiony mokrym śniegiem ‘od stóp do głów’.

westybuł Stonewall Inn

Nadawało to tej wędrówce jakiegoś magicznego charakteru znużonego wędrowca, szukającego w zawierusze gościnnej gospody na odpocznienie. I tak też się stało. Blisko Village Church (Wiejski Kościół) odnalazłem gospodę Stonewall. Tak, ów słynny dziś Stonewall Inn, który zapoczątkował prawdziwą rewolucje emancypacji przez środowisko LGBT. Bez zamieszek w Stonewall na początku lat 60. nie byłoby chyba dziś jeszcze równouprawnienia osób homoseksualnych.
Stonewall dziś naturalnie nie jest już oryginalną gospodą-hotelem, a jedynie barem. Zachował jednak swój oryginalny charakter wnętrza drewnianego wyszynku, tak, jak niezmieniona jest w zasadzie uliczka i sąsiedztwo baru. Tu też zrzuciliśmy na ławy swoje mokre okrycia i przy szklaneczce lokalnego piwa nieco się się rozgrzaliśmy przed dalszą wędrówką.
Natomiast bez wątpienia uroczym miejscem jest olbrzymi Central Park. Można po nim spacerować godzinami bez znużenia. Oaza pewnej delikatności i odetchnienia z trybów serca Manhattanu: Times Square i okolic. Można też, nie wychodząc prawie z parku zajść na parę godzin do Metropolitan Museum, do Guggenheim, do Museum of Natural History. Można też na moment zadumy podejść do miejsca, gdzie zginął John Lennon. Nie przypuszczałem, że Central Park jest taki skalisty. Te głazy granitowe tworzą w niektórych miejscach oryginalne wąwozy, pagórki i naturalne parowy do uroczych spacerów.
A wszystko otoczone dżunglą wieżowców, drapaczy chmur. Jakby odwrotność naturalnego biegu rzeczy. Zwykliśmy do miast, które mogą być otoczone lasami, pustyniami, dżunglami. Tu przeciwnie. Sprawia to wrażenie, jakby miasto zarastało powoli ta oazę zieleni.

Sala czytelnicza w Bibliotece

Inną oazą, już w samym sercu Manhattanu, na obrzeżach Dystryktu Odzieżowego, jest wspaniała Biblioteka Publiczna. Przepiękne aule czytelnicze, bogate zbiory, olbrzymie plafony o historycznych lub legendarnych tematach sprawiają wrażenie obecności w świątyni kultury, dorobku tysiącleci ludzkiej myśli i twórczości. Inna charakterystyką Biblioteki jest łatwo czytelne świadectwo patronatu bogatych rodzin żydowskich Nowego Jorku. To uzmysławia, jak wielka rolę w rozwoju miasta mieli właśnie Żydzi, którzy przybyli tu z Centralnej Europy. Cały zresztą Garment District to właśnie historia nowojorskiej żydowszczyzny. Bardzo bogata i ważna dla tego miasta.

Pomnik żydowskiego szwacza przy 7 Aleji


Nowy Jork – Babilon Zachodniej Cywilizacji. Z jej cechami najgorszymi i najlepszymi. Szczyt, który może być jednocześnie jej zmierzchem. Ale, gdy się już wydaje, że wyżej nie można, to nowojorczycy budują nowy gmach: o dwa, trzy piętra wyższy od najwyższego dotychczas. Ot, i szabas, panie dzieju.

(uwaga poboczna: wszystkie zdjęcia w cyklu nowojorskim są wykonane aparatem autora blogu)

About Bogumil P-G

publisher, essayist, poet lived (and born) in Poland, later England, Italy, presently in Canada
This entry was posted in Cywilizacja, New York, blog Bogumiła (polski), society. Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>