Choroba literacka i jej przyjemności

Ktoś, kto lubi czytać, a w młodości książkami się pasjonował, zwłaszcza jeśli potem sam był trochę poskrobał na białej kartce papieru (używanie słowa „kartka” zdradza dziś wiek piszącego – osoba młoda napisze bowiem: „wystukał na klawiaturze”), z czasem popada w niestrawność studiowania książek. To ten czytelnik, który po paru zdaniach pierwszego rozdziału, ucieka w indeksy, adnotacje i przypisy. Potem sięga po szersze omówienia tematu, częstokroć zapominając o samej książce oryginalnej i jej treści. Ważne przestaje być, co autor napisał, a prym wiedzie domniemanie, co chciał napisać, co się pod tym ukrywa. Tak, jakby pisarz zawsze był jakimś konspiratorem, intelektualistą niewierzącym do końca umysłowym możliwościom percepcyjnym czytelnika. Zawsze starającym się coś przemycić pod prostą treścią przekazu.
Owa niestrawność czytelnicza niekoniecznie jest chorobą złą. Wszak niestrawność często nam żołądki oczyszcza. Takie małe katharsis umysłowego przewodu pokarmowego. Ale potrafi być męcząca. Czasem z pasji wtórnej, staje się tą czołową, zakłócającą możliwość zwykłego zatopienia się w zwykłym tekście literackiej fikcji. Zawsze więc sam z tym się zmagam. Ważę, jak na starej wadze ciężarkowej, która szala w którą stronę się przechyla. Co raz rzadziej ku zatopieniu się pełnemu w powieści lub opowiadaniu, niestety.
I tego mi żal. Tak, jak lęk osób dorosłych i starzejących się, czy jeszcze potrafiliby się zakochać na umór, oszaleć ze szczęścia i cierpieć niezmiernie po zdradzie, po przegranej.
Ale ma to swoje plusy wielkie, warte peregrynacji po różnych wydaniach, odczytach, przypisach i dopiskach. Ostatnie wydanie Strumienia, nad którym pracowałem przez kilka miesięcy, przyniosło wiele tekstów związanych z życiem i twórczością (lub raczej: ich powiązaniami) Andrzeja Buszy. Siłą rzeczy zmusiło mnie to do głębszego wniknięcia w jego poetykę, w to, co Busza pisze, jak to robi. A często jest tak, że im głębiej w las, to faktycznie więcej drzew. Pięknych, rozrośniętych, o bogatej koronie i tych małych, niczym krzaczki przycupniętych u podszycia. Otóż szperając ‘po Buszy’ odnalazłem gdzieś jego wspomnienie o Edwardzie Saidzie, wybitnym intelektualiście arabsko-amerykańskim. Edward Said, wychowanek najlepszych uczelni Zachodu i później tychże uczelni znany profesor i pisarz, młodość i dzieciństwo spędził w Jerozolimie w latach, kiedy przebywał tam generacyjnie mu bliźniaczy Andrzej Busza. Jerozolima lat 40. przed powstaniem Izraela, miasto wielokulturowe, wielowyznaniowe. Miasto przed olbrzymim, trwającym już całe dziesięciolecia, konfliktem palestyńsko-izraelskim. Miasto, które bez wątpienia wywarło wpływ bardzo silny na kształtowanie się osobowości ludzi wrażliwych, myślących.
Said, z którego piśmiennictwem przed laty nieco się zapoznałem, uciekł mi z biegiem tychże lat z horyzontów pamięciowych. Kompletnie nie znałem jakichkolwiek ‘uwikłań’ Saida z tematyką polską. Stąd ta mała perełka wywiadu-wspomnienia Buszy o Saidzie wielką mi radość przyniosła. Otóż obaj intelektualiści (a bez wątpienia można tak o Buszy powiedzieć i w szerokim i w wąskim tego słowa znaczeniu) znali się, kolegowali. Prowadzili rozmowy. Być może uda mi się jeszcze więcej od poety na ten temat ‘wyciągnąć’, zaspokoić ciekawość. Tenże wątek saidowski w biografii Buszy zainteresował mnie bardzo ze względu na Geneta. Said był naturalnie głośny i znany ze swoich pro-palestyńskich działań, z bardzo negatywnego i stanowczego stanowiska wobec amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie. Czytając bardzo niedawno monografię Hadriena Laroche’a „The last of Genet” żywo stały mi w pamięci powiązania palestyńsko-arabskie Geneta i jego późniejsze uwikłania w kwestie amerykańskich Czarnych Panter. Interesowało mnie czy Said znał Geneta, czy coś sam o tym (te kwestie w powiązaniu z Genetem) pisał. Krok po kroku, jak to z tymi adnotacjami-przypisami bywa, znalazłem piękny i ciekawy esej Edwarda Saida o jego spotkaniach z Genetem: w Chicago i po latach w Bejrucie. Pasjonujące.
A nigdy pewnie bym tego eseju nie znalazł, gdyby nie Busza właśnie. Takie ciekawe, a często niespodziewane spotkanie literackie są nagrodą błądzenie po leśnym podszyciu literatury. To tak, jak przyjemność grzybobrania. Wszędzie kurki, olszówki, czasem stadko gąsek szaro-zielonych – a tu nagle pan borowik w całej krasie. Prawdziwek, jak suweren udzielny. Więc bardzo polecam czytanie świetnie napisanego eseju-rozprawy doktora Janusza Pasterskiego z Uniwersytetu rzeszowskiego o ‘innych zapachach’ poezji i poetyki Czaykowskiego, Śmieji i Buszy właśnie. Oraz moich słów kilka o książce temuż tematowi poświęconej „Inne wyzwania” tego samego autora. Pamiętacie Państwo te powiedznie: „Znacie? No to posłuchajcie”. Bo czy rzeczywiście znamy?
Obwoluta książki Janusza Pasterskiego, Wydawnictwo Uniwersytet Rzeszowski, 2011.

About Bogumil P-G

publisher, essayist, poet lived (and born) in Poland, later England, Italy, presently in Canada
This entry was posted in blog Bogumiła (polski), reflection on culture and tagged , , , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>