Pierwszy Maj

Ach, łza się w oku kręci… Radosne tłumy robotników, urzędników, włościan, młodzieży na ulicach, furgocące w podmuchach wiosennego zefirka szturmówki w biało-czerwonych i czerwonych kolorach, przywódcy narodu na trybunach. Kwiaty, przemówienia, jedność, zbratanie. I oczywiście w przedzie radosnego pochodu – ludowa armia. Kwiat narodu, obrońcy ideałów internacjonalizmu, pokoju, bezpieczeństwa. Na lawetach błyszczące rakiety pocisków, nowoczesne katiusze, ponad głowami, na błękitnym niebie szybują odrzutowe Iskry, Ilużyny i Tupolewy niczym cienie zwycięskiego orła. Na elewacjach budynków olbrzymich rozmiarów portrety przywódców naszych i braterskich krajów sąsiedzkich: Honeckera, Causescu, Svobody i oczywiście największe, towarzyszy Leonidy Breżniewa i Aleksego Kosygina, czasem generała Żukowa – samych bohaterów wielkiej wojny z faszyzmem niemieckim (z którym oczywiście braterska ludność Demokratycznej Republiki Niemieckiej nic wspólnego nia miała). Chciałoby sie krzyknąć: Naród z Królem, Król z Narodem. Ale lepiej nie, to przypomina inne, kilka dni późniejsze byłe święto Polski niesprawiedliwej, obszarniczej Polski kułaków i zaprzedanych obcym siłom monarchistycznego imperializmu magnatom. Żyjącym, niczym amerykańska stonka, na pochylonych ciężarem niewoli ekonomicznej barkach chłopów pańszyźnianych, poganianych biczem zapitych dziedziców i tłustych proboszczów.
A po radosnym, pochodzie, jak to po pochodzie; w koszach na śmieci połamane szturmówki, w nieremontowanych od lat i brudnych bramach kamienic puste butelki taniej wódki z czerwoną nalepką, jeszcze tańszego wina o nazwie Vino, zapach moczu parujący z podmurnych kałuż. Zwycięski socjalizm w mniej barwnych kolorach. Rzeczywistość. W skleconych naprędce budkach MHD i WSS Społem gromadki oblegające rożna ze smażącą się kaszanką i zwyczajną, papierowe talerzyki bigosu, obok prywatny biznes czyli budki z wodą sodową, gdzie dwie tłuste szklanki służą setkom ust do ugaszenia pragnienia . Dla dzieci oczywiście dodaje się do szklanki parę kropel syropu wiśniowego lub malinowego. 50 groszy za sodówkę, zlótówkę za sodówkę z sokiem. Dzieciaki zadowolone, woda nawet chłodna, z bąbelkami, słodka. Podpity tata może nawet zabierze je na karuzelę. W Wesołym Miasteczku może być budka z piwem, więc i dzieci zadowolone i tata szczęśliwy. Ach, i jeszcze wózki ze szklaną watą, czasem nawet z kolorowego, różowego lub błękitnegu cukru. Lepiej niż na wiejskim odpuście świętego Antoniego!
Co ciekawe, to niezaprzeczalny fakt, że niektórzy nawet w tą sielankę wierzyli. Wcale nie było to tak nieszczere i zakłamane. Nie było takich nieprzebranych tłumów gotowych powiedzieć: kłamstwo, oszustwo, fałsz. Inteligencja była juz zmęczona, zaszczuta, zdziesiątkowana. Setki tysięcy byłych chłopów folwarcznych i biedoty wiejskiej nigdy w latach wcześniejszych, w tym Polski przedwojennej, którą jeszcze albo sami dobrze pamiętali albo była dobrze pamiętana przez ich rodziców – tylu pomocy i uciech nowoczesności nie miało: szkoły, praca w miastach, mieszkania, gdzie nie spało się na piecu i po 5 osób w jednej izbie, telewizory, nawet małe lodówki, , czasami nawet auto marki Syrena, Trabant lub Warszawa. A przede wszystkim właśnie te szkoły, gdzie wytresowana kadra nauczycielska z naciskiem uczyła nowej historii i nowej wiedzy o świecie. I lęk przed protestem, który z czasem zamienił się w zwykłe przyzwyczajenie. Ludowa władza dawała te marne, ale jednak nowe mieszkania (nawet jeśli czekało się 10, 15 lat), dawała z kwaterunku przydziały do starych kamienic, czasem do byłych, wpół zrujnowanych pałaców. Wymagała jednak posłuszeństwa i potrafiła być nadzwyczaj surowa. Niekoniecznie łagry i wieloletnie więzienia, jak w Kraju Rad. Wystarczyło stracić pracę, wystarczyło być nagle wysiedlonym z mieszkania do jakiejś komunalnej rudery bez kanalizacji i wodociągu, wystarczyło dostać wilczy list z uczelni. A wśród inteligencji, zwłaszcza tej z Kresów, nieustanna pamięć o bezwględnym okrucieństwie bolszewickim i terrorze NKWD. Tak, od śmierci Stalina minęło może wiele lat, lokalne SB nie węszyło bezustannie po prywatnych domach i zagrodach. Ludzi nie wywożono nocą do lasów. Ale w każdej chwili to mogło wrócić. Ta milcząca pamięć sowieckiego zagrożenia była dla wielu obezwładniająca. Podobnie, jak jakiś wręcz religijny lęk Witkacego przed bolszewikami w 1939. Z autentycznej kaźni sowieckiej nikt nie wracał bez silnych zmian osobowych. Ci, co ją cudem przetrwali, byli do końca naznaczeni tym, co dzisiaj określa się mianem post war syndrom. W jakimś dziwnym stopniu kazamaty sowieckie były psychologicznie nawet silniejsze niż kaźnie niemieckie. Brzmi to dziś dziwnie, ale takie się odnosiło wówczas wrażenie. Może właśnie przez przewrotność: hitleryzm nie oferował niczego w zamian. Albo zabijemy cię teraz, albo będziesz do końca żył, jako niewolnik, i jak pies zdechniesz. Żadnej nagrody za pokorność i czołobitność. Prócz nagrody samego przeżycia. System sowiecki oferował dużo: ograniczoną ale wolność, możliwość życia jak inni obok, bez przerażającej nędzy, mieszkania (marne i małe, ale), praca, czasem nawet w dobrym zawodzie, nawet uznanie profesjonalne dla zdolnych, namiastki dobrobytu dla nielicznych, możliwe mimo to do osiągnięcia. Pewną dziwną, surrealistyczną równość (poza samą wierchuszka polityczną, z czym się godziliśmy) wspólnej półbiedy-półdobrobytu. Więc stawka była o wiele wyższa. Łatwiej nienawidzieć i buntować się wobec wroga nieugiętego i bezwględnego, jakim były hitlerowskie Niemcy niż wobec wroga bezwględnego ale gotowego na układy, jakim był bolszewizm.
Lata 70. były więc efektem nie tylko rosnącej świadomości politycznej obywateli PRL (częstsze wyjazdy do ,bloku zachodniego’, rosnący dostęp do informacji i wiedzy spoza żelaznej granicy, rosnąca – mimo wszystko – niezależność ekonomiczna ludzi) ale być może też efektem odchodzenia z aktywnej sceny polityczno-socjalnej pokolenia, które było właśnie tym omal irracjonalnym lękiem przed sowietami porażone. Czterdziestoletni pamietali to tylko z wczesnego dzieciństwa, więc bez rozumienia niuansów psychologicznych stalinizmu, 30-latkowie prawie nic, a pokolenie lat 50. i wczesnych 60. już tego przerażenia przeszłości nie rozumiało. I te własnie pokolenie było najbardziej gotowe do starcia, do konfliktu. Do twardego powiedzenia: dosyć.

Nie będziemy żadnych głupich szturmówek w jakimś głupim orwellowskim pochodzie nosić. I prosze do nas per towarzyszu nie mówić, bo żadnymi towarzyszami nie jesteśmy. Nie możemy was zmienić lub wyrzucić, ale nie będziemu udawali, że wam wierzymy. Maska spadła. Zorganizujemy własny pochód. Dwa dni później, 3 maja.

About Bogumil P-G

publisher, essayist, poet lived (and born) in Poland, later England, Italy, presently in Canada
This entry was posted in Cywilizacja, blog Bogumiła (polski), society and tagged , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>