Polonia czy polonia?

Nie jest łatwo żyć w świecie emigracyjnym. Nawet po latach wielu, po zasiedzeniu się, asymilacji, przyzwyczajeniu. Nawet, gdy dom nowy przestaje być nowym a staje się po prostu domem. Jedynym.
Nie jest łatwo w podwórku polonijnym (teraz rozumię skąd taka we mnie była zawsze niechęć do tego słowa), nie jest nawet łatwo w odświętnym, literackim świecie emigracyjnym. Nakładamy sobie pewne niedościgłe ideały i potem zrzeczemy sobie i innym, że nie sięgamy ich szczytów. A często siegamy. Tyle, że by na szczyt wejść zacząć trzeba wspinaczkę od doliny, a już co najmniej od przełęczy jakiejś. A i na szczycie (mimo panoramy pięknej) trudno pozostać. Czas wracać ku dolinom, ku pagorkom niższym, borykać się z gołoborzem kamienistym, z rozlewiskami strumieni, z gęstym zagajnikiem na reglach. Słowem – z życiem. I robić sobie wyrzuty i innym, że szczyt był za mały, że droga spowrotem niewygodna, za długa, może mylna. Że z wysoka wyglądało to pięknie a z bliska, ot, chaszcze i kamienie spod nóg się toczące z łoskotem. I miast zachęty do kolejnej wędrówki ku szczytom – zostaje zgryzota i niewiara. Spoglądanie z rozczarowaniem na pokryte śniegiem wierzchołki… .
Powodem tych refleksji jest list przez “życzliwego’ mi przesłany z opisami i echami kolejnych awantur polonijnych w Calgary. Oto junta, która sama kiedyś zrobiła coup d’etat w tamtejszym środowisku dostąpia dziś podobnych doświadczeń. Wczorajsi święci, dzis grzesznikami; bohaterowie – zdrajcami; ofiarni dawcy – kombinatorami. Jedni bronią, inni atakują. Ludzie , którzy wczoraj pili wspólnie piwo lub kawę stają się zaciekłymi wrogami. Miało mi to satysfakcje sprawić (w zamyśle ‘życzliwego’ nadawcy informacji), bo od wczorajszych ‘bohaterów’ a dzisiejszych ‘łotrów’ sam przykrości lat temu wiele doznałem (i przykrości i lat wiele). A nie sprawiło. Smutkiem powiało. I z przykrościa jeszcze większa wspominam żem sam był się dał wciągnąć w podobna awanturę na lata zanim sam Polonii kalgaryjskiej prezesowałem. Że nie uciekłem się nigdy do chamstwa i bezpośredniej nagonki wobec osób, ktore przewodziły wówczas tej społeczności – nikłą sprawia mi satysfakcję , bo dałem jednak posłuch niby-dowodom i niby-faktom ‘obiektywnie’ mi relacjonowanym przez ‘niezależnego’ rzecznika rewizyjnego. Tego samego, który lata kilka później dokładał swej ‘obiektywnej’ opinii moim przeciwnikom i podobne bzdury o moim Zarządzie opowiadał. Nie dziwiłbym sie, gdyby sie okazało, że i w dzisiejszej awanturze z Honorowym Konsulem (przez licznych obecnych ‘nie-honorowym’ zwanym) sędziwy już pan też palce maczał. Powiadają, kto mieczem wojuje, od miecza ginie… . Mało mnie to już zajmuje w praktyce kto i kogo, za ile i gdzie. Kogo królem obwołają, a kogo na taczce wywiozą. I ile mórz atramentu wyleją zagorzali przeciwnicy i zwolennicy pisząc bzdury lub powtarzając ploty szkalowne. Ale smutku i refleksji bolesnej zatrzymać nie mogę. I wspominam ludzi prostych ale sercem szczerym do końca żywota sprawie polskiej oddannych; kombatantów ostatniej i poprzedniej wojny, z ktorymi dane mi było sie przyjażnić: Czesława Mędrka, krnąbnego uparciucha, naiwnego poety i zapalonego amatora teatru polskiego; Tadeusza Kamińskiego, byłego spadochroniarza, zabijaki porywczego, jak dziecko wiernego ideii SPK; Józefa Zeignera, spokojnego, opanowanego poznaniaka, któremu ze względu na nazwisko germańskość pokątnie zarzucano – wszystkich prawych i oddanych słuzbie Polsce. Dziś nawet niektórym z nich, w lata po ich smierci, podli maleńcy usiłują zamysły niecne przypisać. Ohyda. Ja ich do końca dni swoich we wdziecznej pamieci będę miał. I szacunku.
Miałem pisac o czyms innym. Tematów się nazbierało. I ciekawych, wartosciowych. O wyjątkowej na krajowe środowisko literaturuznawcze książce Janusza Pasterskiego “Inne wyzwania” o Buszy i Czaykowskim, który w końcu dociera do właściwych a nie powierzchownych pokładów ich twórczości; o zbliżającym się Festiwalu Fussion w Surrey, który stał się już popularną tradycją tego miasta przyciagająca dziesiątki jesli nie steki tysięcy ludzi, a dzięki indywidualnym działaniom kilku osób (lub w zasadzie jednej – Krystyny Połubińskiej) osiągnał swoisty rodzaj etykiety polskiej grupy etnicznej w Lower Mainland. I do tych ważnych (a bez wątpienia wazniejszych niż poruszony) twematów jeszcze powrócę. Tym razem jednak dopadły mnie upiory przeszłości zbudzone ze snu niepotrzebnie i zbędnie. Czy to los nas w swarach wiecznych się gnębić i upadlać, czy też echa szlachetczyzny nie szlachetnej? Czy po prostu ukrywany kompleks niższości, który nie pozwala dorosnąć?

About Bogumil P-G

publisher, essayist, poet lived (and born) in Poland, later England, Italy, presently in Canada
This entry was posted in blog Bogumiła (polski) and tagged , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>