Dziwna niedziela

Czasami symbolika pewnych wydarzeń zmusza do zastanowienia się, refleksji. 1 maj, niedziela. Ot, zwykła data w kalendarzu. Dwa najważniejsze, na pewno najgłosniejsze, wydarzenia dzisiaj mówia wiele o człowieku. O wymiarze naszego życia, o śladzie, jaki po sobie zostawiamy.
W Rzymie setki tysięcy tłumów wiernych przybyło złożyc hołd pamięci Karola Wojtyły, znanemu światu, jako Jan Paweł II. Tego dnia wierni Kościoła usłyszeli z ust najwyższego kapłana uznanie Janan Pawła, jako Błogosławionego Kościoła. Tzw. beatyfikacja. Nie będę tu wchodzil w szczegóły tych wyróżnień ‘świetości’, bo nie o to w mojej refleksji chodzi. Ważne zreszta one są głównie dla wyznawców tego wyznania, dla pozostałych nie ma to już takiego znaczenia. Co jest istotne to fakt, że wielkie zgromadzenie ludzkie, wielonarodowościowe i wielopokoleniowe zadecydowało gremialnie o uznaniu wybitności tego zmarłego już szereg lat temu człowieka. Wydał im się tak ważny i bliski, że nadano jego pamięci formalne oznaki czci, szacunku i chwały. To słowa wielkie, często próżne. Tu jednak adekwatne, bo jakże inaczej niż czcią i uwielbieniem nie okreslić tego rosnącego kultu wobec jego osoby i pamieci o nim? Aprzecież przez większość swojego życia nie był wielkim tego świata. Do momentu wyniesienia na tron papieski. Co ciekawsze to fakt, że wielu z tych jego wiernych, chyba wiekszość po prawdzie, nie przecząc jego nauk – do serca ich zbyt głęboko nie chowała, a już zdecydowania nie praktykowała. Ale taka już nasza natura. Człowiek wielkość postrzega, do dobroci tęskni, wspaniałomyslny czasami bywa. Nie na codzień jednak i z rzadka tylko. Stąd może tak szanuje tych, którzy tymi cechami emanują.
A Jan Paweł II emanował nimi. Nie zgadzałem się i nie zgadzam z wieloma jego naukami, orzeczeniami. Z wiekiem i czasem co raz więcej faktów, skrytych dawniej za szczelnymi wrotami koscielnej “dyskrecji” bardzo uszczerbiło moją opinię o tej instytucji. Nigdy jednak nie miałem cienia wątpliwości o wielkości Karola Wojtyły. O jego niezwykłej, autentycznej miłości wobec Człowieka. Miłości surowej – ale niewzruszonej. O tym, jaki wpływ miał na mnie, jako Polak, jako strażnik narodu i polskości – pisać nie trzeba.
Pamiętam niezwykłe wzrusznie jakiego doznałem na małej, ledwie 100 osobowej pierwszej audiencji, jakiej udzielił po wyjściu z kliniki Gemelli, gdzie kurownao go po zamachu. Z niezupełnie dziś dla mnie zrozumiałych przyczyn byłem na nią zaproszony. Miałem mu zadać kilka pytań, coś powiedzieć. A do milczków i cichych nie należę. Majestat mnie łatwo nie onieśmiela. Olbrzymim smutkiem przepełnił mnie wówczas jego widok, kolor skóry, który zdawał sie być bielszy od białego habitu papieskiego. I zrobiło mi sie tak przykro, ciężko na sercu, jakbym ja sam był winien tego zamachu. Poczułem się winny, że jako człowiek nie zrobiłem wystarczająco dużo by powstrzymac innych przed tego typu czynami. I gdy położył swoja dłoń na mojej głowie zatrzymując się na moment – słowa powiedzieć nie mogłem. Tak, jakbym ja był Ali Agcą. I może byłem. Może wszyscy byliśmy.
Kościół katolicki często szermuje zapisem z Biblii, który mówi o potępieniu grzechu ale umiłowaniu grzesznika. Nie zawsze jest to ani szczere ani moralnie czyste. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że dla niego ta zasada była autentycznie niezwruszalna. Była prawdziwym fundamentem jego zycia. Mógłbym namiętnie i racjonalnie jednocześnie duskutować, że nie wszystkie w jego rozumieniu “grzechy” są grzechami, przeciwnie, niektóre moga być cnotą. Nigdy jednak nie wątpiłem, że tej części owej zasady biblijnej, która mówi o umiłowaniu grzesznika się nie sprzeniewierzył. Że Człowieka, być może naiwnie, autentycznie kochał. I tej wczorajszej właśnie niedzieli, ten Człowiek starał się mu za to odwdzięczyć. Powiedział – wiem, pamiętam.
Drugie wydarzenie tej samej niedzieli miało miejsce gdzieś w Pakistanie. Grupka militarnych zamachowców zastrzeliła Osamę bin Ladena. Wieczorem w specjalnie zorganizowanym adresie do narodu i świata (takie amerykańskie Urbi et Orbi) prezydent Obama złożył na ten temat specjalne oświadczenie. Minuty po wystapieniu prezydenta USA przed Białym Domem zebrał się tłum Amerykanów. Spontaniczna manifestacja na wieśc o zastrzeleniu amerykańskiego wroga publicznego nr.1. Z chorągiewkami, radosnymi okrzykami. Zrozumiałe ale i szokujące jednocześnie. Ostatecznie mówimy o śmierci człowieka. Wroga, przeciwnika śmiertelnego, ale człowieka. I pomyślałem zaraz o tym dziwnym przpypadku historii tych dwóch ludzi. Obu sławnych i znanych. Obu oddanych swojej religii. Ostatecznie Osama bin Laden dość głęboko wierzył w swoja “religijna misję”. I ostatecznie do tego samego Boga zanosił modły. Wszak Allach to Jahwe, a Jahwe to Pan Bóg. I znowu – mógłbym uszanować (i szanuję) wierzącego kapłana czy zwykłego wiernego Islamu. Nie zgadzam się z większością wykładni Koranu – ale mogę uszanować wierzącego. Jan Paweł też bardzo ostro grzech potępiał (w takim rozumieniu jakie, jako biskup Kościoła katolickiego ten grzech widział) ale nie zapominał na moment o osobie grzesznika, jako drugiego człowieka. Brata.
U bin Ladena nic z tego nie wystepowało. Nie było to nawet tylko czysto antyamerykańskie. Ofiarami byli wszyscy, którzy stawali na drodze hegemonii jego wizji Islamu. Wizji, która zniewalała jego wyznawców, a wszystkim innym odmawiała człowieczeństwa. Można ponownie zapożyczyc biblijnego określenia i powiedzieć: mieczem wojował od miecza zginął. Ale to za mało. Trzeba się głęboko zastanowić czemu pamięć jednego świętujemy i celebrujemy, a na wiadomość o smierci drugiego – oddychamy z ulgą. O czymś, co w innych warunkach nazwalibyśmy zbrodnią (zamach polityczny) – mówimy: sprawiedliwości stała sie zadość.

Wydaje mi sie, że jedyną słuszną granicą dzielącą te dwie postacie jest granica najbardziej elementarnego Dobra i Zła. Przy Dobrze istnieje też tendencja do wartościowania, do oceny i do potępienia. Nawet do walki. Ale obok Dobra ustawiają się zawsze obok: Wspaniałomyslność i Wybaczenie. Zło kroczy w samotności.
Wczorajsza niedziela i te dwa wydarzenia: w Rzymie i gdzieś w Pakistanie, utwierdziły mnie w tym dobitnie.

About Bogumil P-G

publisher, essayist, poet lived (and born) in Poland, later England, Italy, presently in Canada
This entry was posted in Uncategorized, blog Bogumiła (polski) and tagged , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>