Piękny koncert

Witold Wardziukiewicz na specjalnym koncercie muzyki polskiej w rocznice katyńską i smoleńską przygotował dość trudny program odmiennych stylistycznie kompozycji. Naturalnie, nie mogło się obejść bez panujących nad cała muzyką polską kompozycji Fryderyka Szopena. Ale o tym za chwilę.
Koncert zorganizowany w sali Masonic Centre w Vancouverze otwierały dwa mazurki Karola Szymanowskiego (nr 1 i nr 2), zaraz potem kompozycje Ignacego Paderewskiego: Chant d’Amour i dwie najbardziej znane, Menuet i Legenda. Trudno wyobrazić sobie bardziej odmienne szkoły niż styl Paderewskiego i Szymanowskiego. Paderewski to de facto epigon epoki przeszłej, kompozytor klasycystyczny (naturalnie w rozumieniu nie XVIII a XX wiecznym) i dość sztywny. Do pewnego stopnia zaprzeczenie Paderewskiego-pianisty, z jego słynnym emocjonalnym rubato. Szymanowski zaś to wprowadzenie muzyki polskiej do współczesności. Muzyki nie pozbawionej elementu emocji i romantyzmu, ale muzyki intelektualnej, filozoficznej chciałoby się rzec. Nie wiem czy takie zestawienie programowe tych dwóch odmiennych kompozytorów jest najlepszym rozwiązaniem dla słuchacza. Chyba aby umożliwić pismakom, takim jak ja, grę w skojarzenia semantyczne i nazwać to ‘programowym kontrapunktem’.
Krótkie mazurki Szymanowskiego nie oddają oczywiście pełni ducha i geniuszu autora „Króla Rogera”, wykazują jednak bardzo wyraźnie olbrzymią różnicę podejścia do zapisu dźwięku obu kompozytorów wychowanych wszak w tej samej epoce a tak różnych. Wdzięcznym być należy Wardziukiewiczowi, że oba utwory wykonał bardzo precyzyjnie, prosto. Każda nuta, dźwięk słyszalny wyraźnie, tempo zróżnicowane, dostosowane do ‘liryki’ utworu. Zwłaszcza mazurek nr 2 z podcieniami folkloru podhalańskiego (tak bliskiego mieszkańcowi „Atmy” w Zakopanem) wykazują oryginalność kompozycji Szymanowskiego. Interesującym przyczynkiem historycznym jest fakt, że mazurki te dedykował kompozytor Arturowi Rubinsteinowi – młodemu następcy Paderewskiego na tronie interpretacji muzyki Szopena.
Zupełnie inną skalę emocjonalnej i lirycznej modulacji wykazał pianista w klasycznie romantycznej „Legendzie” (op. 16) Ignacego Paderewskiego. Była to wycieczka w inny, zaczarowany świat opowieści muzycznej. W zasadzie, odnoszę wrażenie, granie utworów krótkich, takich jak Legenda jest bardzo trudne interpretacyjnie; jak w kilku prawie tylko frazach oddać swą duszę, jak rozpalić wyobraźnię słuchacza by z wrażenia czysto estetycznego przenieść się mógł w bogaty świat emocji i czucia? Udało się to Witoldowi Wardziukiewiczowi na Rocznicowym Koncercie w Vancouverze 10 kwietnia 2011. I udało wobec słuchacza personalnie niezbyt rozkochanego w kompozycjach Paderewskiego. Za to pierwsze ode mnie chapeau bas.

ćwiczenia przed Koncertem


Odniosłem wrażenie, że Legenda była pierwszym utworem, w którym młody pianista przekroczył barierę muzyka-estety i przeniósł się w świat poza czystą formę dobrej gry. Od tego momentu grać przestał. Zaczął interpretować. Potwierdzeniem tego wrażenia był utwór zamykający część pierwszą, Nokturn opus 48. Szopena.
W 1841 Szopen skomponował dwa nokturny zapisane pod tym samym opusem, c i fis moll. Wardziukiewicz wybrał nokturn z nr 1 (c-moll).
Jakby stosownie do okazji zdawać się mogło, że pianista jakby przedłużał pauzy, wolne tempo lento opóźniał i celebrował szept melodii mezza voce. Stwarzało to efekt utworu solennego, pełnego patosu. Tym wyraźniej i tragiczniej kontrastowało to z rapsodycznym recytatywem i pewnym zamierzonym chaosem ‘kanonad’ pełnych oktaw w części końcowej. Długa pauza finału, po której padają ostatnie dźwięki nokturnu, wywołała dreszcz spodziewaną a mimo to zaskakującą potęgą niskich, niczym dźwięk spiżowych dzwonów, tonów. Nie dziw, że wielu porównywało tą sonatę do kompozycji Beethovena, który miał wielki wpływ na muzyczne kształtowanie się Szopena. Dla mnie, słuchacza świadomego charakteru tego koncertu, tej rocznicy, której był poświęcony – nokturn ten, w wykonaniu Witolda Wardziukiewicza, był pełnym dramatyczności opisem lotu samolotu prezydenckiego w kwietniu 2010. Był wierszem, który w klasycznej formie elegii opisał chwile zbliżania się samolotu do lotniska pod Smoleńskiem i bolesnej katastrofy. Był też żałosnym larum nad cieniami poległych w lesie katyńskim w 1940. A Wardziukiewicz był tej elegii mistrzowskim deklamatorem.
Po przerwie, w czasie której kompletnie pozbawiony pozy ‘ważnego artysty’ pianista pozwalał fotografować się i prowadzić krótkie rozmowy ze słuchaczami, zasiadł do fortepianu (grał na instrumencie Yamaha) do Sonaty op. 48.
Jest to bodaj, z utworów dłuższych, najbardziej znana i ceniona kompozycja autora polonezów i mazurków. Prace nad nią kompozytor ukończył w 1839, a pisać zaczął jeszcze w trakcie pobytu z George Sand na Majorce. Najbardziej słynna część sonaty, Marsz Żałobny, powstała, jako osobny utwór kilka lat wcześniej i do dziś wielokrotnie, jako osobna właśnie kompozycja bywa grana przez wielu pianistów.
Praca nad tą sonatą zabrała choremu już Fryderykowi wiele czasu i wysiłku. Ale efekt końcowy warty był każdej sekundy, każdej chwili zmęczenia. Wielu wielkich muzyków i jej znawców określa ten utwór, jako w pełni skończony, tzn. taki w którym nie ma ani jednej nuty za wiele i ani jednej za mało. Lutosławski określił to kiedyś bardzo lapidarnie, jako wykutą w skali bryłę.
Dwie pierwsze części sonaty (allegro i scherzo) mają w zasadzie charakter balladowy, niesamowitej opowieści i kilku bardzo odmiennych tematów muzycznych. Szopen chciał aby grano to w tonie grave i forte, które potęgują ten nastrój niesamowitości, pewnej wręcz grozy. Sonata w wykonaniu Wardziukiewicza przypomniała mi echa (zwłaszcza scherzo) ponad 100 lat później napisanej kompozycji Primitivo Lazaro „Gruta de las Maravillas” (Grota Niesamowitości), której słuchałem blisko 10 lat temu na kanadyjskiej prapremierze, w wykonaniu Krystyny Tuckiej.
Witold Wardziukiewicz do sonaty się jakby ‘rozgrzewał’ powoli w trakcie gry, z pewnym namaszczeniem i świadomą kontrolą nad tempem. Między allegro a scherzo miał nawet krótki konflikt ‘ergonomiczny’ z instrumentem. Jakby chciał się z nim zegrać kompletnie, stworzyć jedną całość. Aby instrument i gracz z dwu niezależności stały się całością nową, niepodzielną. Podobny, dużo bardziej dramatyczny w odbiorze był koncert samego Szopena, który kiedyś grając sonatę, tuż przed rozpoczęciem Marsza Żałobnego musiał wstać i odejść od instrumentu, bo zdało mu się, że spod skrzydła fortepianu wzlatują upiory i duchy, jakie nawiedzały go w klasztorze kartuzów na Majorce w czasie komponowania sonaty.
Nie wiem czy pianiście ten zamysł zespolenia z fortepianem i krótka ‘walka’ z zydlem i pozycją instrumentu w jego przekonaniu się powiódł. Powiódł się bez cienia wątpliwości w odczuciu słuchaczy. Scherzo i następujący po nim solenny Marsz były interpretacja piękną, głęboką i na wskroś wzruszającą.
Często słyszy się porównania sonaty, a zwłaszcza jej Marszu do ‘wichru ponag grobami’ – i tak można było to odebrać na koncercie w Masonic Centre w Vanouverze. Przejmujące, zaskakujące i do dziś nie w pełni zrozumiałe zakończenie sonaty ten efekt potęguje. Trudno nawet, zwłaszcza w świadomości smutnej rocznicy, jakiej był koncert dedykowany – nagradzać pianistę burzliwymi owacjami. Chce się siedzieć ze spuszczoną głową w zadumie, ciszy …
Ostatnim utworem wybranym przez Wardziukiewicza był znany Polonez op. 53, który Szopen skomponował w Nohant w 1842. Polonezy dają łatwość wykazania się pianiści jego techniczna wirtuozerią, stwarzają szansę pewnego popisu technicznego. Zawsze kojarzą mi się ze swoistym bel canto klawiatury. Taki łakoć dla wykonawcy i widza. I tym razem słuchacz nie mógł być zawiedziony.
Z Koncertu Witolda Wardziukiewicza wyszedłem smutny co prawda, bo okazja nie była zgoła radosna, ale podniesiony na duchu jednocześnie. W hałasie politycznych krzyków i przepychanek nie licujących z powagą chwili i narodową żałobą, ten Koncert przywrócił to, co w tym momencie istotne, prawdziwe. Monsieur Wardziukiewicz – chapeau bas. Szczere i autentyczne.

spotkania po Koncercie

About Bogumil P-G

publisher, essayist, poet lived (and born) in Poland, later England, Italy, presently in Canada
This entry was posted in blog Bogumiła (polski), reflection on culture and tagged , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>