Odchodzimy … zostaje ślad

“>

Nie pamietam, 25, 30 lat temu? Ogłądałem go w “Mazepie” Słowackiego. Piekny, romantyczny, ciemne, gęste włosy. Naturalnie wiekszość koleżanek szkolnych i uniwersyteckich się w nim podkochiwała. Nie tylko… Chodziliśmy razem do Narodowego, jak miał grać. Potem do Hopfera na wino. Z niedobitkami, po zamknieciu Hopfera, Krakowskim Przedmieściem szliśmy z głupimi śmiechami do Fukiera, gdzie ‘dobijalismy targu’ przy długich drewnianych stołach recytując romantyczne wiersze bardów – te zwłaszcza, które dopiekały ‘ruskim’. Staraliśmy się przy tym tak deklamować, jak nasz romantyczny, z rozchwianymi puklami włosów, ‘Kolbergerek’. Szczeniaki kilka lat ledwie młodsze od niego, przy butelce węgierskiej Gamzy (nie najgorsza była a bodaj najtańsza, lepsza od bułgarskich – o francuskich mogliśmy pomarzyć). Potem wszystko to się szybko rozwiało. Przyszły lata autentycznej, nie podbitej i nie szczenięcej pracy w ‘Solidarności’, już bez recytowania wierszy, z powagą ponad wiek realizowanej małymi krokami wolności i suwerenności. Potem… Potem emigracja. Smutna, szara. Koledzy robili kariery, dudowali domy, koleżanki wyłapywały najpierw lepszych, potem już mniej lepszych na meżów i ojców ich dzieci. Ot, życie. Nigdy więcej już Kolbergera na scenach teatralnych nie widziałem. I już nie zobaczę. Może i dobrze. Pozostał takim romantycznym wspomnieniem pieknej przygody ze sztuka. Młodości chmurnej i durnej. Nie lubiłem i nie chciałem oglądać zdjęć, jaki inni chcieli mi pokazywać ‘biednego’ aktora, gdy dopadła go 20 lat temu straszliwa choroba. Zwłaszcza, że juz wówczas źle na nich wyglądał, podstarzały, wychudnięty, siwiejący. Ciągle z tym samym błyskiem w oczach i ciągle widocznymi dołkami w katach ust, gdy sie usmiechał. Ale już smutno, inaczej. Wiec zdjęc tych nie lubiłem. I po prawdzie prawie nie pamietam, a jak wyglądał pod koniec lat 70tych pamiętam świetnie. Tak więc, gdy ci koledzy i koleżanki budowali stateczne i coraz lepsze (na ogół) życie, ja dłubałem w tych wyniesionych z tamtych lat ideałach romantycznej ‘służby’. Czym cos wydłubał? Nie wiele chyba, poza kilkoma siniakami, kopniakami. Ot i ordery szamerowane. Zresztą i ‘słuzba’ nie była aż tak romantycznie-tragiczna. Pewnie’m i coś sknocił w niej nieraz. A tak dziś, w kilka dni po śmierci Krzysztofa Kolbergera, skłoniło mnie to do powrotu myślami w tamte czasy. No bo myśląc o nim, myślałem naturalnie o swojej młodości. Nie tak zupełnie chyba jednak ‘durnej’, choć pewnie nie najmądrzejszej. Miało być o Nim – rozpisałem się o sobie. Ale może i tak być powinno, może przez to cenimy niektóre wspomnienia, że przypominają nam o nas samych. Kim byliśmy, czego pragneliśmy. Bo po prawdzie na ogól zapominamy. Zakładamy z góry, że jesteśmy naturalną konsekwencją siebie sprzed lat. A mało komu to się udaje. Życie. Potem odchodzimy. I zostaje ślad – takim śladem było moje wspomnienie o Kolbergerze – młodym aktorze warszawskich scen z lat mojej młodości. Więc po załadowaniu tego wpisu na fale internetu raz jeszcze puszczę te nagranie z MyTube i posłucham Jego znajomego głosu w jakże adekwatnej do tegoż momentu deklamacji. Śladzie, że był. I że byłem ja.

About Bogumil P-G

publisher, essayist, poet lived (and born) in Poland, later England, Italy, presently in Canada
This entry was posted in blog Bogumiła (polski) and tagged , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>