Refleksje z jednego wieczoru

Dwa wydarzenia z dnia wczorajszego wymagają krótkich komentarzy; jedno tyczy tragedii drugie sukcesu. Jedno z dziedziny sztuki, aspiracji twórczych jednostek i potrzeb społeczeństwa na tego typu aspiracje i ich publicznego uzewnętrzniania – drugie patologii społecznej, patologii nienawiści i agresji, psychologii strachu przed debatą i walki argumentami. Oba wydarzenia są przykładami zupełnie odmiennych wizji społeczeństwa: jedno otwartego, twórczego, edukacyjnego – drugie: zamkniętego, pełnego strachu, agresji, społeczeństwa opartego na zasadzie: my albo wy. Jedno wydarzenie było na szczeblu wyłącznie lokalnym, o bardzo ograniczonym zasięgu i wpływie; drugie na skalę międzynarodową choć o lokalnych przyczynach. Pozornie nie związane ze sobą. Mówię o spektaklu amatorskiego teatru polskiego w Vancouverze i zamachu na amerykańską kongreskobietę w Arizonie, Gabrielle Gifford.
Oba same w sobie są komentarzami o naszym społeczeństwie, o tym, kim jesteśmy w 2011. Rozdarci na dwoje, na antypodach przeciwnych emocji.
Wczoraj, w sobotę 8 stycznia (7 stycznia miała miejsce premiera) w teatrze ‘Studio’ w Coquitlam ‘Teatr Popularny’ zaprezentował owoc dwumiesiecznej pracy – sztukę Zabłockiego “Żółta szlafmyca”. Krotochwila z dawnej epoki króla Stasia, która (jak każde dobrze napisane dzieło literackie) ostała się próbie czasu i grana jest do dziś na wielu scenach krajowych. Polska społeczność Wielkiego Vancouveru oczekiwała tej premiery z dużym niepokojem. Nie żeby temat sztuki był specjalnie drażliwy, kontrowersyjny, wzbudzał emocje. Nawet nie dlatego, że miało to być przedstawienie przygotowane po raz pierwszy przez reżysera-gościa, który dzięki polskiej subwencji rządowej przyjechał z Kraju aby tą sztukę wystawić. Niepokój wzbudzały niedawne spory i rozdarcia wewnątrz samego teatru i jego zespołu. Skutkiem zbyt chyba pośpiesznego i niekoniecznie pro publico bono opublikowanego artykułu na łamach portalu internetowego ‘wiadomości.pl’ wewnętrzne spory zespołu zyskały publiczne forum. O ile demokracja sprawdza się dość nieźle w systemach politycznych, o tyle nie zawsze sprawdza się w funkcjonowaniu przedsięwzięć innych. Czasem spory łatwiej rozwiązać w zaciszu własnej grupy. Z argumentów głoszonych publicznie trudniej się później wycofać, a ambicje osobiste przysłaniają łatwo oryginalne przyczyny sporu. Ja swoje na ten temat ‘trzy grosze’ już wypowiedziałem. I nic mnie do zasadniczej zmiany mojego stanowiska nie skłania. Nie skłania mnie wczorajsze wydarzenie teatralne. Wydarzenie niewąpliwie zakończone sukcesem zespołu i gościa z Polski, pani Julii Wernio. Ale zespół teatralny tego rodzaju, jakim jest Teatr Popularny nie może permamentnie istnieć bez własnego zaplecza reżysersko-literackiego. Program artystyczny nie może być na stałe zasadzony na wizytach gości. Jest to dość kosztowne finansowo (nawet jeśli koszta ponoszone są przez rząd polski a nie samą grupę teatralną) i nie służy ciągłości rozwoju aktorskiego rzemiosła. Okazjonalne możliwości pracy z innym reżyserem, jak w tym przypadku, bez wątpienia wzbogacaja możliwości teatru i umiejętności członków zespołu. Nie mogą jednak zastąpić systematycznej pracy i opieki profesjonalnej na miejscu. Ostatecznie Vancouver nie leży w sąsiednim wojewodztwie polskim, a cały kontynent amerykański i Atlantyk pomiędzy to przeszkoda poważna nawet w XXI wieku. Myślę, że tak zespół teatralny, jak i jego założyciel w dalszym ciągu moga dojść do porozumienia. Przygniecione odciski dumy można wymoczyć w misce gorącej wody z solą. Warto. Warto, bo teatr, tzn. ci, którzy się z olbrzymim poświęceniem tej scenie polonijnej oddają udowodnił wczorajszym przedstawieniem, że chcą to dzieło prowadzić, że mają już wypracowane na podstawie kilkuletniej tradycji umiejętności wystawienia nowych tytułów. Udowodniła jednak przede wszystkim lokalna publiczność, która wykazała (jak zawsze), że jest wierna swemu zespołowi, że go popiera. Sala wypełniona była po brzegi. Owacji nie żałowano. Miłym aspektem była kontynuacja zapoczątkowanej przed wielu laty jeszcze tradycji łączenia występów scenicznych z prezentacją sztuki plastycznej. Tym razem w salce pod sceną obejrzeć można było ciekawą ekspozycję malarstwa pani Joanny Krawczyk-Przystupy. Bogata kolorystyka jej płócien rozgrzewała letnim ciepłem styczniowy wieczór na zewnątrz teatru.
O samej sztuce, grze, jej blaskach i potknięciach napiszę szerzej w recenzji przygotowywanej dla nowego wydania “Strumienia’. Tutaj ograniczę się do dwóch zdań: Elizabeth Kozlowski i Ryszard Kopplinger byli gwiazdami wczorajszej inscenizacji, Julia Wernio pokazała, że w stosunkowo krótkim czasie, bez pełnego zaplecza teatru profesjonalnego można przygotować dobry teatr. Zespół i jego obecne kierownictwo wykazało dojrzałość artystyczną i chęć pracy. Czas na dojrzałość organizacyjną. Widoczny był brak nie tylko jednej osoby (załóżyciela i organizatora Teatru Popularnego) ale i innych, którzy od początku z zespołem byli związani. Myślę, że w tej materii strony już się wypowiedziały i swoje racje przedstawiły jasno. Czas to odłożyć ad acta i wspólnie budować lepszą przyszłość.
A jak to ma się do niewymiernej w porównaniu tragedii w Arizonie? Ano obrazuje skalę zachowań jednostek i grup, które nie potrafią prowadzic dyskursu z przeciwnikiem bez uciekania się do agresji. Słowem zastąpienia argumentu merytorycznego argumentem siły. Ktokolwiek zastrzelił wczoraj całą grupę ludzi na spotkaniu kongreskobiety Partii Demokratycznej z wyborcami nie działał w próżni. Przeciwnie – był narzędziem, skutkiem ( świadomym lub nie) atmosfery dyskursu politycznego, jaki szerzy się w całym świecie. Dyskursu, który jest dyskursen szaleńców i demagogów, wzajemnych ataków personalnych. Dyskursu zemsty politycznej, nienawiści, chorobliwej nagonki w której cel władzy uświęca każdy obrzydliwy środek. Czy pani Palin ponosi moralną współwinę za atak na polityka Partii Demokratycznej? Może. Ale czy pani Palin nie jest też ofiarą lub efektem atmosfery, która opanowała scenę polityczną w USA już wiele lat wcześniej? Czy pan Kaczyński w Polsce ponosi współwinę za atak na biuro jego partii w Łodzi? Stare biblijne porzekadło mawia: kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Czy politycy sami sobie nie zgotowali tego losu? Czy pan Kaczyński, podobnie, jak Pallin w USA nie są poniekąd sami ofiarami tej paranoii agresji, jaka zastąpiła ideowe spory? Nikt już nie patrzy, jakie wyjście, jakie działanie będzie lepiej służyć społeczeństwu, ludziom. Jedynym celem jest moja wizja, mój sposób kształtowania rzeczywistości. W takim zaślepieniu nie sposób o kompromis, o wymianę doświadczeń, o wspólną służbę. W takiej atmosfersze znajdą się słabsze lub patologiucznie niespołeczne jednostki, które krzykną, uderzą. Czasami zabiją. A czasem wystarczy odejść na moment, wyciszyć się i szczerze, bez hałasu z zewnątrz zadać sobie pytanie: czy jest coś w argumentach mego przeciwnika, co mogłoby pomóc samej rzeczy, ideii, której służę?
Spór teatralny w Vancouverze i tragedia w Arizonie czy Łodzi są naturalnie nieprzymierzalne w skali jakiejkolwiek. Poza jedną: myślenia o rozwiązaniu konfliktu w kategoriach szacunku wobec przeciwników, w kategoriach zakładania, że oni też chcą po prostu służyć innym. W takiej perspektywie przeciwnik nigdy nie pojawi się, jako przeciwnik demoniczny, jako wróg.

Może warto przywdziać żółtą szlafmycę i powiedzieć, co się szczerze myśli, miast mówienia tego, co w danym momencie podszeptuje urażona duma własna czy też polityczny interes chwili.

About Bogumil P-G

publisher, essayist, poet lived (and born) in Poland, later England, Italy, presently in Canada
This entry was posted in blog Bogumiła (polski), reflection on culture. Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>