Zaduszki i cmentarze ze wspomnień

Dziwne święto odwiedzania zmarłych. W kalendarzu celtyckim, którzy wszak gospodarzyli na zimiech nadwislańskich zanim myśmy sie tam pojawili (a więc duża dawka pradopodobieństwa, że jakaś kropla ich krwi płynie w naszych, slowiańskich żyłach) był to czas witania nowego i żegnania starego roku. Dziwne w naszych, współczesnych czasach. A przecież stare w istocie i bardzo bliskie. Przetrwało wymiany bogów, państw, cywilizacji. Jakąs prastara nić atawistyczna łącząca nas z minionymi pokoleniami zapomnianej przeszłości. Przypomnienie o tymczasowości życia czy też wiara w życie poza ten wymiar rzeczywistości? Kto dziś to rozwiąże, pojmie? I czy ma to istotnie znaczenie… . Jak w każdej wierze irracjonalnej, może wystarczy wierzyć. Ot i wszystko. Cała ‘tajemnica wiary’. Jak migocące w wieczornym mroku świeczki na grobach bliskich i dalekich.
Wracając kilka ledwie dni temu z wieczornego wykładu o ‘sztuce patrzenia’ na świat i otaczające nas obrazy, kształty i formy skręciłem nagle z wyznaczonej i prostej trasy powrotu do domu i postanowiłem pojechać w pobliże cmentarza obok Cental Parku w Burnaby. Pażdziernik zbliżał sie ku końcowi, wieczór był jesienny, podmokły, jak ziemne ścieżki w parku. Cmentarz pusty, cichy za zamknietymi wrotami. Wspominaliśmy w samochodzie leżącego tam od dobrych już kilku lat Ryszarda Wojciechowskiego. Kiedyś lubiłem tu przyjeżdżac w dzień Zaduszny i zapalać mu świeczkę, pogadać. Ech, uparty byłes Rysiu. I w przyjaźni i w kłótni gniewnej. Dużo bardziej niż ja. Ale zostawiłeś trawały ślad po sobie w Twych rzeźbach, z których zawsze nieco zerkała chłopska estetyka świątków z gajów przydrożnych obok naleciałych gdzieś w Akademii wpływów estetyk wydumanych, wycezylowanych. Niech Ci ziemia lekką będzie. Czołem skłócony przyjacielu.
Wiele lat temu, będąc 5-7 letnim chłopakiem, chodzilismy wieczorami w kilkoro z kumplami z kamienicy dziadków na stary cmentarz na Jakubskim Przedmieściu w Toruniu. Było blisko Zaduszek i na wielu grobach paliły się już lampki, stały świeże kwiaty. Obok, na Sowińskiego mrugały stare lampki gazowe, które niczego nie oświetlały a dodawały jedynie atmosfery dziwności, pewnej makabry. I w tej makabrze ta mała zgrajka smarkaczy kontynuowała dzieło Robin Hooda i w dziwnej złodziejaszkowo-urwisowskiej sprawiedliwości dzieliła groby zadbane, bogate z tymi zapomnianymi, opuszczonymi. Gdzie lampki były 3 lub więcej, tam jedna musiała być przeniesiona na grób zaniedbany, pusty. Gdzie kwiatów zbyt wiele – tam część musiała przyozdobić gróbki małe, dziecięce, o których dawno dorośli zapomnieli. Byłoż li to naganne czy też dobre? Kto dziś rozsądzi i jak równać świat poczucia sprawiedliwości dzieci a dorosłych? Kilka late temu anglikański biskup w Londynie (bodaj sam arcybiskup Cantenburry aliści już nie pamietam) orzekł, że gdy biedak jakiś ukradnie jedzenie ze sklepu to nie jest to grzech. A wszak w Przykazaniach stoi, jak mur, że “nie kradnij”. Niechci tam. Czołem zapomniani koledzy z podwórka kamienicy dziadków.
Bacia moja zmarła w Warszawie. Nikogo na cmentarzach stołecznych wówczas jeszcze nie mieliśmy. Wszystko albo zostało na Kresach, albo na Pomorzu. Nigdzie kwater wolnych nie było. Bacia wyraźnie mówiła, że choć całe życie z dziadunią przeżyła, wszak iż go nie kochała i swojej wielkiej miłości do młodego oficera carskiej lejbgwardii zapomnieć nie mogła – i pośmiertnie z dziadunią na cała wieczność leżeć nie chciała. Chcąc nie chcąc dziadek sam pozostał na cmentarzu komunalnym na Mokrem w Toruniu, a babci znaleźlismy miejsce na nowopowstałym cmentarzu komunalnym na Wólce Węglowej w Warszawie. Największej nekropolii w Europie. Pustawo tam jeszcze wówczas było, obco i pustynnie. Niczego tam nie lubiliśmy. Nawet grób babci był jakiś wielki, kanciasty i … martwy. Póki Tata żył a ja byłem w Polsce odwiedzaliśmy go razem i zapalaliśmy znicze. Gdy po latach grób odwiedziłem, mimo dobrej pamięci wzrokowej musiałem szukać pomocy administracji cmentarnej (tak, tam są całe biura cmentarne, jakby umarli mieli tam przychodzić w godzinach urzędowania i regulować sprawy czynszu, elektyczności, wody) by grób znaleźć. Naturalnie obok wyrosły całe ‘dzielnice’ grobów nowych, małe drzewka rozrosły się do niezłych rozmiarów drzew, literki na, w dalszym ciągu zimnym i masywnym, grobie babci stały się trudno czytelne. I nastroju wizyty, było nie było rodzinnej, odnaleźć, tak jak wówczas, nie mogłem. Nie tak, jak na miłym, zaprojektowanym przez ojca grobie dziadunia w Toruniu na Mokrem, czy wspólnym grobie drugich dziadków na Jakubskim Przedmieściu. Czołem dziaduniom i babciom dzieki którym czułem i znałem, jak własne, czasy, gdy samochody były tak powszechne, jak pojazdy kosmiczne, a bryki, sanny i koń osiodłany były czyms naturalnym i zwykłym. I niektórzy pozostwali wienymi młodzieńczej, niespełnionej miłości sprzed ponad 60 lat do oficerów gwardii cesarskiej. Hm. Gdzież ci gwardziści, ułani, szwoleżerowie dziś? A dziadunio ponoć najlepiej grał na szpinecie – tylko gdzie ja szpinet dziś znajdę, już o klawesyn łatwiej… .
Tak ogółem to dziwnie mi jakoś grobów w kraju przybyło. Zwłaszcza tych osób, z którymi spędzałem czasy mego dzieciństwa i młodości w kraju. Ano, pan Bóg strzela a żołnierz kule nosi. Rozmawiam o tym przy każdej bytności w kraju z tatą. Na jego grobie na cmentarzu w Pruszkowie. A lubię go tam odwiedzać sam. Nikt nam wtedy nie przeszkadza, nikt się do rozmowy nie wtrąca.
Kiedyś chodziłem po alejkach małych grobków żołnierskich na polskim cmentarzu wojennym pod Narwikiem. Dzień był dziwny, taki własnie z okolic polarnego pola kiedy światło za dnia ni wieczorne ni dzienne jest. Pól szare. Cmentarzyk mały, biedny. Na około sosny północne, a przed cmentarzem zimny powiew stalowych wód północnego zimnego morza. Gawędziliśmymy o tym cmentarzy i polskich wojakach tam kilka miesięcy później z przyjacielem, Józkiem Zeignerem – byłym żołnierzem spod Narwiku właśnie. Po przejściu całego szlaku Polskich Sił Zbrojnych od Września 39, przez Norwegię, Anglię, Afrykę, Italię, wkrótce po 45 uległ namowom (i tęsknocie) wysłanników nowego “rządu” i wrócił do Polski w ukochane Poznańskie. Po kilku latach i tysiącach szykan nie tylko ze strony nowych władz ludowych ale i pobratymców-sąsiadów (wszak miał niemieckie nazwisko…) udało mu się zwiać spowrotem na Zachód (jego żona była Włoszką – poboczny efekt kampanii włoskiej Korpusu – i udało im sie dostać paszport na odwiedzenie jej ciężko chorej mamy w Italii). Czołem starsi o pokolenie przyjaciele-żołnierze Rzeczypospolitej. Z tych bliskich, z którymi iejedna noc przegadalismy przxy kielichu wegrzyna (no, może to nie był ‘węgrzyn’, a coś bardziej kolorem do wody podobne…), wszyscy odeszliście na ta ostatnia wartę. Teraz możecie wracać bez lęku o cokolwiek do tej wymarzonej, wytęsknionej a okrutnie skradzionej za zycia ojcowizny.
Natomiast bardzo ciepło wspominam spacery na Pere Lachaise w Paryżu. Niby, jak Powązki ale bardziej jeszcze zatłoczone, jakby gwarne. W zasadzie absolutnie paryskie. Grób, jak niektóre uliczki w starym centrum miasta, jakby zahaczał o drugi, wielkie mauzolea opierają się na mniejszych pomnikach i krzyżach, przysłaniają je. Gdy w ciszy słuch nastroić uważnie zda się, że gwar paryski wśród ciszy cmentarnej usłyszeć można. Obok grobu mojej ukochanej Edith byłbym przysiągł, że słyszałem jej charakterystyczny głos nucący: ‘non, je ne regrette rien’.

A tutaj – za oknami petardy, dzieci przebrane w bezpieczne stroje niby-straszne, pod czujnym okiem matek i ojców chodzą od drzwi do drzwi i zbierają kupione w Safewayu lub Wallmarcie batoniki, cukierki, lizaki. Potem starsi w domu dokładnie to przeglądają (bo nie daj boże jakieś świństwa zatrute lub stare) i rozdzielają na kilkudniowe porcje. Z zapobiegliwości słusznej aby nadto cukru w łakociach nie spożyć. Wszak cukierek lub czekoladka to wróg zdrowia. No, niby makdonaldowskie hamburgery i puszki pepsi i coli też, ale nie można wszak wszytkiego dzieciom odbierac z dzieciństwa… .
Wszytko ma to mieć początek w pogańskich (ponoć też jeszcz z czasów celtyckich) zwyczajach cmentarnego halloween i wiary w powroty zmarłych, mar, upiorów i duchów. Tyle, że ze smiercią, zwykłą, ludzką nic to wspólnego dziś nie ma. Ot, kolejny hollywoodzki miraż rzeczywistości. Wszystko aby tylko nie to straszne memento mori.
Nie marzymy już o życiu pozagrobowym, innym. Marzymy o życiu wiecznym ale tu, na Ziemi. Bez niewygody śmierci. No, niech tam. Ja bym się tam znudził po jakimś czasie.

About Bogumil P-G

publisher, essayist, poet lived (and born) in Poland, later England, Italy, presently in Canada
This entry was posted in Uncategorized, blog Bogumiła (polski). Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>